Przypomniał mi się ostatnio jeden z bardzo nielicznych (a właściwie jedyny warty uwiecznienia) popis poetyczny Henia. Wyrób wierszopodobny opowiada o moim pluszowym misiu, któremu imię – Ponce Maricón (pozdro dla kumatych ;-D) – nadała Oli-Baba. Zdobycie go nie było proste, wymagało wielkiego oddania, lojalności, współpracy z przyjaciółmi; musiałyśmy kraść, oszukiwać, udawać ciążę, Oli-Baba poświęciła nawet kolczyka. Ponce, zanim zamieszkał na stałe u mnie, podróżował między mieszkaniem moim a prawowitej właścicielki, której jestem niezwykle wdzięczna za to, że w końcu się poddała. Ponce Maricón Siedzę w ciemności i barabuch, maszkary śledzą każdy mój ruch. Przechodzą mnie ciarki i barabuch, już widzę, nadchodzi cicho jak duch. Lecz oto wyłania się zza rogu i barabuch Ponce Maricón - mój wierny druh. Razem nic nam nie straszne i barabuch, razem jesteśmy jak dzielny zuch. Umiemy się bronić i barabuch, na maszkarę wystarczy mocny dmuch. Tak nas nauczył i ...