RSS

niedziela, 11 marca 2018

Zamknąć oczy - opowiadanie konkursowe

Polska wersja opowiadania Fechar os olhos, które zdobyło pierwsze miejsce w konkursie literackim organizowanym przez Centrum Języka Portuglaskiego / Camões w Lublinie. Tematem konkursu był „Wehikuł czasu”. (Myślałam, że takowy wygram.)

Małgorzata Stankiewicz
Zamknąć oczy

Ludzie są zepsuci. Nie dorastają, tylko gniją od środka jak zainfekowane jabłko. Rumiana skórka skrywa zepsucie. I to zepsucie rośnie, ono owszem, przechodzi z jednego owocu na drugi, dopóki wszystkie nie będą zgniłe. Do niczego się już nie nadają. Tak samo jak ludzie. Pełni nienawiści, nienawidzą wszystkich i wszystkiego. Nienawidzą osób, które znają, nienawidzą osób, których nie znają, osób, które mijają, zwierząt, fizycznych przedmiotów, abstrakcyjnych idei i nienawidzą samych siebie. Nie ukrywają emocji, uwalniają je z całą agresją, z całym okrucieństwem, jakie w sobie znajdują. I to zepsucie rośnie. Ja się „niczym” nie wyróżniam, nienawidzę tego świata tak samo jak wszyscy. To nie tak, że jakaś tragedia nagle otwiera mi oczy. Ja każdego dnia odczuwam cierpienie każdego najmniejszego stworzenia. Ludzie mówią, że coś jest ze mną nie tak. Ze mną?
Wspaniale byłoby móc cofnąć się do czasów przed ludzką cywilizacją. Chciałabym spacerować między dinozaurami, chociaż prawdopodobnie byłaby to bardzo krótka przygoda. Pewnie by mnie zjadły. Ale i tak byłoby warto. Z drugiej strony, przy tak ogromnych potworach byłabym raczej jak mucha w jedzeniu: „w moim talerzu jest człowiek, to obrzydliwe.” Miałby rację.
Mogę też wybrać się do roku tragedii, czyli roku, w którym się urodziłam. W dniu, w którym pojawiłam się na świecie, opublikowano zdjęcie Sęp i dziewczynka Kevina Cartera. Jestem pewna, że je znasz. Sęp przysiada za wychudzoną dziewczynką i czeka. To takie okropne. Jeśli dobrze pamiętam, fotograf dostał za to jakąś nagrodę. Nie wiem, czy wiesz, ale rok później popełnił samobójstwo. Napisał, że widział w życiu zbyt wiele gniewu, zbyt wiele bólu dzieci rannych i umierających z głodu, zbyt wiele zabójstw, zabitych i zabójców. Za każdym razem, gdy mówi się o czyimś samobójstwie, nie myślę, że to smutne, że ktoś to zrobił. Myślę, jak smutny był każdy dzień, gdy zmuszał się, by tego nie zrobić.
Zatem ostatecznie: udam się do niebezpiecznego świata, nad którym panują okrutne i bezlitosne stwory czy do Parku Jurajskiego? Wybieram wiek dwudziesty, muszę tu coś załatwić.
Świat jest pełny kolorów. W naszej wyobraźni przeszłość jest czarno-biała, nie sądzisz? A tak naprawdę ten świat nie różni się specjalnie od tego, który opuściłam. Nawet ludzie nie bardzo się zmienili, rozpoznaję ich. Moja rodzina, przyjaciele, sąsiedzi. Wiem, co się wydarzy, gdzie będą pracować, z kimś się pożenią, kiedy umrą.
Wiem nawet, co się stanie na drugim końcu świata. Ostatniego dnia tego roku, gdy wszyscy będą hucznie obchodzić sylwestra, trzy niewinne osoby stracą życie. Dwie zostaną zamordowane tylko dlatego, że stały obok tej trzeciej. Winą trzeciej było to, że urodziła się w niewłaściwym ciele. Mam na myśli Brandona Teenę, transseksualnego mężczyznę, którego Hilary Swank zagrała w filmie Nie czas na łzy. Dla mnie tak, bardzo płakałam. Gdy osoba taka jak Brandon ma już dosyć zaprzeczania własnej tożsamości i postanawia przestać walczyć ze sobą, zaczyna walczyć z całym światem. To bez sensu.
Mija mnie mężczyzna. Jest młody, jeśli dobrze liczę, ma teraz nie więcej niż trzydzieści lat. Ma wąsy, dżinsowe spodnie sztywne jak  z czasów kalifornijskiej gorączki złota, okulary w grubych oprawkach i powycieraną już teczkę w kolorze pomiędzy beżowym, brązowym i każdym innym. Wygląda jak wszyscy tutaj, nikt nie zwraca na niego uwagi, ale nie będzie ani jednej pary oczu, która nie podąży w przyszłości za jego córką.  On spogląda w okno i uśmiecha się. Jego córeczka, obecnie dwuletnia, macha mu na do widzenia. Jakie to słodkie!
Dziewczynka jest pyzata, jak to dzieci. Jednak, gdy poszła do szkoły okazało się, że wszystkie koleżanki z klasy były od niej chudsze. Nie chcę powiedzieć, że była gruba, bo nie była, ale przy tak chudziutkich koleżankach ona stała się łatwym celem żartów o grubasach.
Miała dwanaście czy trzynaście lat, gdy stwierdziła, że więcej tego nie zniesie. Przeszła na dietę, zaczęła ćwiczyć i szybko zaczęła wyglądać zdrowiej. Wielu mówiło jej, że przy tak szybkiej utracie wagi, kilogramy powrócą. Więc jadła jeszcze mniej i ćwiczyła jeszcze więcej, aż nie wyglądała ani trochę zdrowo. Sama skóra i kości.
Kiedyś mówili „nie jedz tyle”, potem „zjedz coś”. Prawdę mówiąc, to niewielka różnica. Ale oni nie wiedzili, jak chora była. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale co by nie robiła ze swoim ciałem, to nie wystarczało społeczeństwu: „za gruba”, „za szybko chudnie”, „za chuda”. Ona tylko chciała zrobić coś dobrze. Czuła się zagubiona, nie wiedziała, co robić, czy była za gruba czy za chuda, czy jedzenie było niezbędne czy zabronione. Posłuchała wtedy jedynej przyjaciółki, jaką miała – Any i ta zaprowadziła ją prosto do piekła.
Obok nas jest teraz ogromny pusty plac, na którym kiedyś wybudują centrum handlowe, ale dawniej, czyli teraz, to idealne miejsce dla cyrku. Byłam raz w cyrku. Miałam jakieś pięć czy sześć lat. Podobali mi się akrobaci, magik, byłam zachwycona klaunem. Ale później wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Wprowadzili na scenę związanego niedźwiedzia i zmusili go do chodzenia po linie. Bezradne zwierzę szamotało się, próbowało iść, próbowało się uwolnić. Cała publiczność się śmiała, a ja nie rozumiałam, co się dzieje, rozglądałam się za klaunem, za czymś zabawnym. Nie wiedziałam, z czego się śmiali, nie wiedziałam, dlaczego nikt nie pomagał misiowi. Wpadłam w krzyk i w płacz, i gdy rodzice wyprowadzili mnie z cyrku, mówiłam, że musimy wrócić i uwolnić misia. Oni powiedzieli, że nie, że to było normalne. To nie miało sensu.
Kilka lat później obejrzałam sequel disneyowskiej Pocahontas. Jest tam scena, w której czarne charaktery usiłują sprowokować Pocahontas podczas królewskiej uczty i przyprowadzają jako rozrywkę związanego i przestraszonego niedźwiedzia. Pocahontas nie może znieść cierpienia zwierzęcia i rujnuje zabawę jego królewskiej mości. Brzmi znajomo, prawda? Dorośli stworzyli film, dzieci zrozumiały film. W takim razie, skoro wszyscy zgadzamy się, że torturowanie zwierząt jest złe, jeszcze raz – dlaczego oni się śmiali?
Mijam kolejnego sąsiada. Idzie ze swoim chłopakiem, jakie to dziwne. Wiedziałam oczywiście, że jest gejem, kojarzyłam jego partnera, ale nigdy nie widziałam ich razem. Słyszałam, że kiedyś ich napadnięto. Wyobraź sobie, że wiele osób mówiło wtedy, że „mieli szczęście”, że przeżyli. I mówili to takim tonem, jakby to było oczywiste, jakby na to zasługiwali. I dlaczego? Bo są kolorowi, zakochani czy radośni? Poważnie mówię, włącz sobie YouTube’a i znajdź wideo z heteroseksualnym mężczyzną i homoseksualnym. Policz, ile razy każdy z nich uśmiecha się w ciągu, powiedzmy, pięciu minut. Jaka liczba usprawiedliwia napaść?
Nie widzę psa moich sąsiadów, może jeszcze go nie mają. Co mogę zrobić, żeby nigdy go nie mieli? Płakałam za każdym razem, gdy go widziałam. Przywiązany łańcuchem do budy. Rzadko widziałam, żeby coś jadł, często widziałam pustą miskę na wodę. W lecie mógł schronić się wyłącznie w cieniu, jaki rzucała jego buda. Wyobrażasz sobie, ile tego było? Mówiłam rodzicom, że nie można tego tak zostawić, trzeba pomóc psu, uwolnić, nawet ukraść, na policję zadzwonić. Moja mama powiedziała, że wszystko było w porządku i wszyscy tak robili. Miała rację i nic nie było w porządku.
Słyszę jak moi rodzice rozmawiają z moimi dziadkami. Mówią, że jestem dużą i silną dziewczynką. Tak mi przykro, że muszę ich rozczarować. Wszyscy mówią, że jestem słaba. Jestem słaba, ponieważ nie potrafię udźwignąć wagi słów „nienawidzę cię”, „zabij się”, „powinieneś umrzeć”. Tyle osób szasta nimi z łatwością na co dzień, nawet dzieci bez zastanowienia rzucają „zabiję cię”. A ja nie mam siły, by coś takiego powiedzieć. I to ja jestem dziwna.
Zmierzcha się już. Usnęłam, rodzice wychodzą z mojego pokoju. Łatwo się tam zakraść i zrobić, co mam do zrobienia. Jestem taka malutka. Malutka, słaba, inna, żałosna, niezdolna do zmierzenia się ze światem. Ten świat nie jest dla mnie, a może ja nie jestem dla tego świata, nie wiem. Nie chcę szukać sensu tam, gdzie go nie ma, nie chcę widzieć cierpienia, bólu, okrucieństwa. Jeżeli to wszystko, co życie na do zaoferowania, życie nie ma sensu. Lepiej zasnąć na zawsze, zamknąć oczy i już nic więcej nie widzieć.

niedziela, 13 listopada 2016

Niedokończony wywiad z Drakulą

Henio Trolejbus: Gościmy dzisiaj hrabiego Drakulę, do niedawna najważniejszego wampira w świecie fantazji i popkultury. Wiemy, że nie cieszy się mości hrabia dobrym zdrowiem. Jak się mości hrabia czuje dzisiaj?
Hrabia Drakula: Całkiem dobrze, dziękuję, biorę leki przepisane mi przez psychiatrę. Moje problemy, takie jak wrzody, których DO NIEDAWNA [podkreślił posyłając mi mordercze spojrzenie – przyp. HT] nie miałem, czy bezsenność to objawy depresji.
HT: Czy psychiatra pomaga mości hrabiemu odnaleźć przyczynę depresji?
HD: Przede wszystkim martwią mnie ostatnie wydarzenia i obecne opinie, pogłoski dotyczące moich pobratymców. Z drugiej strony, moja obecna dieta również nie pomaga. Porobiło się wszędzie pełno tych wegan z niedoborami białka, żelaza i witaminy B12. Toż to sama woda, a nie krew! Zwierzątka to ratujmy, ale że wampiry umierają z głodu to nikogo nie obchodzi.
HT: Jakie ostatnie wydarzenia mości hrabia ma na myśli?
HD: Wszystko zaczęło się od wydania tej dziwnej książki Świt, Ranek, Wieczór... Nie pamiętam teraz tytułu, ale słono płacę psychiatrze, żeby o tym zapomnieć. Dawniej byliśmy przerażającymi potworami, inspirowaliśmy najwybitniejszych twórców horrorów. Gdy widziało się „wampir” w opisie filmu, już było wiadomo, że będzie to mroczny, ponury obraz, który nie pozwoli spokojnie usnąć. Współczuję również wilkołakom, które z krwiożerczych monstrów stały się pluszowymi maskotkami. Tyle lat tradycji gwałtu i mordu, żeby skończyć na półce z zabawkami. Hańba!
HT: Co można zrobić, żeby uzdrowić tę sytuację?
HD: Zzzabić...
HT: Słucham?
HD: Próbujemy pokazać się światu z jak najgorszej strony, popełniamy najokrutniejsze zbrodnie, żeby tylko znaleźć się na trendach Twittera i Facebooka, zdobyć rozgłos i odzyskać utraconą godność. Niestety, w tej konkurencji przegrywamy z kretesem z homo sapiens.
HT: Czy to prawda, że wampiry mogą przetrwać nie pijąc ludzkiej krwi?
HD: Brednie! To właśnie dzięki tej potrzebie ludzie tak bardzo się nas bali. Wiedzieli, że nie jesteśmy w stanie kontrolować tego głodu, zdarzało się nawet, że umierali ze strachu, wiedząc, że nadchodzi ich koniec. A teraz myślą, że przychodzimy ich przytulić! Dawniej wampir oznaczał śmierć, dzisiaj oznacza miłość.
HT: Mości hrabia uważa to skojarzenie za obraźliwe?
HD: Ależ oczywiście! Całe wieki dbaliśmy o naszą reputację, rozsiewając dookoła atmosferę mroku i przerażenia. Kojarzono nas z siłą, mocą, szykiem, elegancją, majestatem, ciemnością... I nagle przychodzi taki idiota i świeci się w słońcu jak psu...
HT: A co tak naprawdę dzieje się w wampirem w kontakcie z promieniami słońca?
HD: Są dla nas zabójcze.
HT: A to nie jesteście już martwi?
HD: Zanim zaczniesz zadawać takie pytania, powinieneś wiedzieć, że jestem dziś bardzo głodny, a ty wyglądasz na dobrze odżywionego.
HT: Dobra, dobra, mości hrabia ma wrzody, a ja jestem ciężkostrawny.
HD: No i widzisz? Nikt już się nas nie boi! To nasz koniec! Nasze imperium budowane przez wieki chyli się ku upadkowi. Nie ma już nadziei! Nie ma już przyszłości. Nie ma już nic...
HT: Mości hrabio?...

środa, 5 października 2016

Zbyt Mało Czerwony Kapturek

Mama przewiązała córce na głowie czerwony kapturek i posłała w świat. Przecież to bez sensu. Czy to, co Kaputek nosił na głowie było kiedykolwiek kapturkiem? Takim doszytym do płaszczyka? Nie, to zawsze była chusteczka. Chusteczka – rzeczownik rodzaju żeńskiego w języku polskim, tak samo jak nasza bohaterka. Obyłoby się bez znanych już dylematów: czy Kapturek był czy była? czy Kopiciuszek zrobił czy zrobiła? czy Henio bredził... dobra, nieważne.
Mama wysłała agenderowego Kapturka w świat. Jeszcze nie wiem, dokąd, bo jeszcze tego nie napisałam, więc zobaczymy wspólnie, jak to się rozwinie. Mama opowiadała córce dziecku, jak wygląda świat, jak funkcjonuje społeczeństwo i powiedziała (właśnie tak, „powiedziała”, bo to było tak naturalne, że tego się nie każe, o to się nie prosi; po prostu się mówi), żeby szło główną arterią tak jak wszyscy. Tak jest bezpiecznie.
Kapturek był grzeczny, posłuchał mamusi i ruszył w drogę (nadal nie wiem, dokąd). Wszedł pewnie między ludzi i przyglądał się ich uśmiechniętym twarzom. Wziął głęboki oddech i dziarsko maszerował, czekając aż to dziwne uczucie niepokoju minie. Niestety, Kaptuek z każdym kolejnym rokiem czuł coraz większy smutek. Ulica była brzydka. Pomimo że była to główna arteria, którą dało się dotrzeć wszędzie i którą chodzili wszyscy, Kapturek czuł się zupełnie zagubiony.
Tam, na poboczu, gdzie nikt nie skręcał była mała zielona dróżka. Wygląda ładnie, kusząco. Dlaczego miałaby być niebezpieczna, jak przestrzegała mamusia? Droga jak każda inna. Tylko ładniejsza. Im bardziej Kapturek się zbliżał do zakrętu, tym bardziej się cieszył. Coś mu podpowiadało, że właśnie tam jest jego miejsce.
– Heeej! Kapturek! Nie idź tam, tam jest brzydko i groźnie, nie spodoba ci się – zawołała przechodząca obok przyjaciółka ze szkolnej ławy, opierając się wyłącznie na swoich wyobrażeniach.
– Ale... Ale mi się nie podoba ta arteria...
– No jak nie? Mnie się podoba, tobie też musi.
– Ale... Ale ja chcę pójść tędy.
– No weź! Nie wygłupiaj się!
Ale Kapturek się wygłupił i poszedł. I było mu z tym dobrze. Nie było tam wielu osób, ale szło się tak przyjemnie. Dopiero teraz Kapturek uśmiechał się tak jak ci wszyscy radośni ludzie z arterii, nie był już zagubiony, właśnie tutaj było jego miejsce.


Nagle z zarośli wyskoczył wilk. Nie miał nic do powiedzenia, wszak wilki nie mówią, obnażył kły, groźnie zawarczał i rzucił się na Kapturka. Chciał go rozszarpać. Bez powodu. Bez celu. Tylko dlatego, że akurat tam był. Podróż Kapturka nie była łatwa. Co jakiś czas pomiędzy gałęziami błyszczały nienawistne ślepia i ostre kły. Czasem warczały. Czasem atakowały. Czasem gryzły do krwi.
W tym miejscu mogę chyba w końcu zdradzić, dokąd podążał Kapturek. Czy może do drugiego Kapturka? Czy do Chusteczki? Czy do zupełnie pustego domku? To kompletnie bez znaczenia, bo Kapturek szedł po prostu do siebie.
Nie odizolował się jednak od ludzi, wręcz przeciwnie, żył szczęśliwie wśród nich. Byli mili, serdeczni, nawet się uśmiechali. Niektórzy tak szeroko, że odsłaniali pilnie strzeżone i ukrywane wilcze kły. Ale Kapturek nie był głupi, wiedział, że to przebrane wilki. Nie wiedział tylko, czy zaraz wyskoczą, czy zaatakują, czy...
Nie wiem, czy wiecie, ale w miarę, jak rozwijało się społeczeństwo, rozwijała się ta bajka. Na początku wilk pożerał Kapturka i babcię i That's all Folks! Dzisiaj czy to przy użyciu ostrego noża, czy pomocy leśniczego z drewnianą nogą udaje się pokonać wilka i Kaputrek żyje dalej szczęśliwie. Z kim tam sobie chce.

Nie bądź wilkiem. Nie pożeraj Kapturka.

niedziela, 25 września 2016

To ja jestem pro-life

Dawno, dawno temu, w latach  1956-1992 w Polsce aborcja była legalna w przypadku „trudnych warunków życiowych kobiety ciężarnej”, bez dalszego precyzowania. Jak widać, większość osób, krzyczącycych dzisiaj, jak to wymrzemy, bo kobiety będą się skrobać na potęgę, urodziło się w czasach, gdy legalne przerwanie ciąży nie było żadnym problemem. No i proszę, jakoś przetrwali.
Dzisiaj kobieta nie może się powołać na trudną sytuację. Nawet jeżeli ma już dzieci, musi się nimi zajmować, a dodatkowo jeszcze pracować i nie stać jej na kolejne maleństwo, jak wpadła, to wpadła i po niej. Dopiero po porodzie państwo dostrzeże jej trudną sytuację, zabierze wszystkie dzieci i odda obcym ludziom na przechowanie za opłatą.
To ja jestem pro-life, bo jestem za życiem, a nie tylko za rodzeniem. Chociaż za rodzeniem też jestem. Chcę, żeby w Polsce rodziło się dużo szczęśliwych i kochanych dzieci, tylko skąd one się wezmą, gdy kobiety będą się bały zachodzić w ciążę, a lekarze w cokolwiek wtrącać? Na pewno nie z in-vitro. No i kto będzie te dzieci rodził, jak kobieta po jednej wpadce (albo gwałcie, bo to w sumie jeden karabin) i wizycie u krawcowej straci możliwość zostanie matką albo w ogóle życie?
A co z chorymi dziećmi, które kobiety usuwają z własnego egoizmu? Ja bym (słowo klucz, akapit nie odnosi się do rodziców chorych dzieci, a do „bymów”) urodził i wychował. Patrzcie ludzie, jaki ze mnie bohater. Poświęcę się dla opieki nad cierpiącym dzieckiem, nawet nie wiecie, jakie to trudne, ale ja wam powiem, żebyście mnie wysławiali. Niech świat opłakuje ze mną agonię mojego dziecka, której dało się uniknąć zanim rozwinął się jego układ nerwowy. Jestem taki dzielny, bo zdecydowałem się przeżyć tragedię, będę się pławić we własnej martyrologii kosztem fizycznego cierpienia własnego dziecka. Taki ze mnie bohater (siedzący za ciepłym monitorkiem i jedynie wyobrażający sobie zupełnie hipotetyczną możliwość upośledzenia płodu).
Idąc tym tokiem rozumowania, ośmioletnie dziecko, które nagle zachoruje też możemy zabić, tak? Jak znajdziemy jednego rodzica na całym świecie, któremu taka myśl zaświta na ułamek sekundy, to będziemy mogli na ten temat dyskutować.
Na koniec zagadka: o kim mowa? Fanatyczni wyznawcy religii sprowadzającej rolę kobiety do przedmiotu panoszą się po moim kraju, próbując mi narzucić swoje prawo i ograniczyć moją wolność.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Z pamiętnika znudzonego informatyka

Dryń, dryń!
– Technik informatyk, w czym mogę pomóc?
Usłyszałem w słuchawce dźwięk, który prawdopodobnie był jedną z węgierskich samogłosek, bo z żadną z polskich nie mogłem go utożsamić, a zaraz po nim nerwowe chrząknięcie. Wybawiłem nieszczęśnika z ambarasu.
– Próbował pan wyłączyć i włączyć komputer?
– Ach, to ty! – dawno nikt się tak nie ucieszył z mojego towarzystwa. – Już myślałem, że pomyłka, technik jakiś… Po co mi technik? Ja ciebie potrzbuję. Słuchaj, to to takie, wiesz, mi nie działa.
– Ale co konkretnie?
– No ta rzecz taka.
– Jaka?
– No to to. O, tutaj mi nie wyskakuje – pokazał mi palcem przez telefon.
– Nie wyskakuje? A rozmawiał pan o tym z żoną?
Cisza. Niebezpieczna cisza. Rozmówca myśli. Albo dzwoni do żony.
Trochę to trwało, ale rozwikłałem zagadkę, czym była „ta rzecz”. Komputerem.

Dryń, dryń!
– Wróżbita Maciej, czy włożył pan papier do drukarki?
– Tak, tak, papier włożyłam. Ale i tak nie działa.
No proszę, jestem genialny. Tylko płci przez telefon nie rozpoznałem, ale w dzisiejszych czasach to nawet w bezpośrednim kontakcie nie można być niczego pewnym.
– A włączyła pani drukarkę?
– Tak…
Wyczułem zawahanie i brnąłem dalej.
– Na pewno?
– No tak, tym garnuszkiem.
– Garnuszkiem?
– No tak, tutaj na górze mam, obok tej lupki. Zawsze tu klikam i się drukuje.

środa, 27 lipca 2016

Kopciuszek dzisiaj, dzisiaj Kopciuszek


Kopciuszek żyje sobie dzisiaj pośród nas. Jej matka zmarła przy porodzie, ponieważ próba uratowania jej zagroziłaby życiu dziecka, więc lekarzowi mogła grozić odpowiedzialność karna. Wolał nie ryzykować. Chociaż klauzula sumienia – był katolikiem – kazała mu ratować każde życie poczęte, a matka Kopciuszka niewątpliwie życiem poczętym była.
Ojciec Kopciuszka załamał się po śmierci żony i zaczął pić. Nieraz mały Kopciuszek prowadził po ulicy zataczającego się ojca ku przerażeniu zaaferowanych, acz biernych sąsiadek. Kręciły głowami i mruczały pod nosem „patologia”. Nawet nie podejrzewały, że każdego wieczoru w barze okoliczna „patologia” piła za ich zdrowie.
– Za tych, którzy nie muszą się znieczulać, oby nigdy nas nie zrozumieli! Panie barman, jeszcze nalej! Nie za dużo, tak w sam raz. Tak, by głowę mieć na karku, lecz by pamięć trafił szlag.


Po pewnej nocnej eskapadzie, gdy obudził się z obrączką na palcu i u boku czegoś, co w zamierzeniu natury miało być kobietą, stwierdził, że więcej nie pije. Dotrzymał słowa. Musiał. Nowa żona sprowadziła się z dwiema córkami, więc miał na utrzymaniu cztery kobiety. Co tydzień któraś miała PMSa. Nie dziwota zatem, że całe dnie spędzał w pracy.

czwartek, 21 lipca 2016

Słitaśny blogasek

Liebster Award oznacza z niemiecka w wolnym tłumaczeniu ʻnagroda dla słitaśnego blogaskaʼ. Rozprzestrzenia się jak zaraza internetowy łańcuszek. Jak ją dostaniesz, podajesz dalej kilku blogerom, których lubisz. Zasady są różne, tym razem uwzględniają 11 pytań, na które odpowiadasz, a potem wymyślasz własne dla swoich nominowanych.

Dostałam nominację od Darka z Się Mówi. Dziękuję bardzo. Lubię Darka. To jego blog sprawił, że zaczęłam planować zmianę szablonu na coś takiego w jego stylu. Tylko coś mi się w realizacji omskło... Darek ładnie pisze. Inspiruje. Czytając jego bloga nabierasz ochoty, żeby zmienić coś w swoim życiu na lepsze i podążać za jego przykładem. Ale potem wymyśla coś takiego jak „nastaw się pozytywnie do każdej mijanej na ulicy osoby” i witki opadają. Gdzie ja takie narkotyki dostanę?