RSS

niedziela, 13 listopada 2016

Niedokończony wywiad z Drakulą

Henio Trolejbus: Gościmy dzisiaj hrabiego Drakulę, do niedawna najważniejszego wampira w świecie fantazji i popkultury. Wiemy, że nie cieszy się mości hrabia dobrym zdrowiem. Jak się mości hrabia czuje dzisiaj?
Hrabia Drakula: Całkiem dobrze, dziękuję, biorę leki przepisane mi przez psychiatrę. Moje problemy, takie jak wrzody, których DO NIEDAWNA [podkreślił posyłając mi mordercze spojrzenie – przyp. HT] nie miałem, czy bezsenność to objawy depresji.
HT: Czy psychiatra pomaga mości hrabiemu odnaleźć przyczynę depresji?
HD: Przede wszystkim martwią mnie ostatnie wydarzenia i obecne opinie, pogłoski dotyczące moich pobratymców. Z drugiej strony, moja obecna dieta również nie pomaga. Porobiło się wszędzie pełno tych wegan z niedoborami białka, żelaza i witaminy B12. Toż to sama woda, a nie krew! Zwierzątka to ratujmy, ale że wampiry umierają z głodu to nikogo nie obchodzi.
HT: Jakie ostatnie wydarzenia mości hrabia ma na myśli?
HD: Wszystko zaczęło się od wydania tej dziwnej książki Świt, Ranek, Wieczór... Nie pamiętam teraz tytułu, ale słono płacę psychiatrze, żeby o tym zapomnieć. Dawniej byliśmy przerażającymi potworami, inspirowaliśmy najwybitniejszych twórców horrorów. Gdy widziało się „wampir” w opisie filmu, już było wiadomo, że będzie to mroczny, ponury obraz, który nie pozwoli spokojnie usnąć. Współczuję również wilkołakom, które z krwiożerczych monstrów stały się pluszowymi maskotkami. Tyle lat tradycji gwałtu i mordu, żeby skończyć na półce z zabawkami. Hańba!
HT: Co można zrobić, żeby uzdrowić tę sytuację?
HD: Zzzabić...
HT: Słucham?
HD: Próbujemy pokazać się światu z jak najgorszej strony, popełniamy najokrutniejsze zbrodnie, żeby tylko znaleźć się na trendach Twittera i Facebooka, zdobyć rozgłos i odzyskać utraconą godność. Niestety, w tej konkurencji przegrywamy z kretesem z homo sapiens.
HT: Czy to prawda, że wampiry mogą przetrwać nie pijąc ludzkiej krwi?
HD: Brednie! To właśnie dzięki tej potrzebie ludzie tak bardzo się nas bali. Wiedzieli, że nie jesteśmy w stanie kontrolować tego głodu, zdarzało się nawet, że umierali ze strachu, wiedząc, że nadchodzi ich koniec. A teraz myślą, że przychodzimy ich przytulić! Dawniej wampir oznaczał śmierć, dzisiaj oznacza miłość.
HT: Mości hrabia uważa to skojarzenie za obraźliwe?
HD: Ależ oczywiście! Całe wieki dbaliśmy o naszą reputację, rozsiewając dookoła atmosferę mroku i przerażenia. Kojarzono nas z siłą, mocą, szykiem, elegancją, majestatem, ciemnością... I nagle przychodzi taki idiota i świeci się w słońcu jak psu...
HT: A co tak naprawdę dzieje się w wampirem w kontakcie z promieniami słońca?
HD: Są dla nas zabójcze.
HT: A to nie jesteście już martwi?
HD: Zanim zaczniesz zadawać takie pytania, powinieneś wiedzieć, że jestem dziś bardzo głodny, a ty wyglądasz na dobrze odżywionego.
HT: Dobra, dobra, mości hrabia ma wrzody, a ja jestem ciężkostrawny.
HD: No i widzisz? Nikt już się nas nie boi! To nasz koniec! Nasze imperium budowane przez wieki chyli się ku upadkowi. Nie ma już nadziei! Nie ma już przyszłości. Nie ma już nic...
HT: Mości hrabio?...

środa, 5 października 2016

Zbyt Mało Czerwony Kapturek

Mama przewiązała córce na głowie czerwony kapturek i posłała w świat. Przecież to bez sensu. Czy to, co Kaputek nosił na głowie było kiedykolwiek kapturkiem? Takim doszytym do płaszczyka? Nie, to zawsze była chusteczka. Chusteczka – rzeczownik rodzaju żeńskiego w języku polskim, tak samo jak nasza bohaterka. Obyłoby się bez znanych już dylematów: czy Kapturek był czy była? czy Kopiciuszek zrobił czy zrobiła? czy Henio bredził... dobra, nieważne.
Mama wysłała agenderowego Kapturka w świat. Jeszcze nie wiem, dokąd, bo jeszcze tego nie napisałam, więc zobaczymy wspólnie, jak to się rozwinie. Mama opowiadała córce dziecku, jak wygląda świat, jak funkcjonuje społeczeństwo i powiedziała (właśnie tak, „powiedziała”, bo to było tak naturalne, że tego się nie każe, o to się nie prosi; po prostu się mówi), żeby szło główną arterią tak jak wszyscy. Tak jest bezpiecznie.
Kapturek był grzeczny, posłuchał mamusi i ruszył w drogę (nadal nie wiem, dokąd). Wszedł pewnie między ludzi i przyglądał się ich uśmiechniętym twarzom. Wziął głęboki oddech i dziarsko maszerował, czekając aż to dziwne uczucie niepokoju minie. Niestety, Kaptuek z każdym kolejnym rokiem czuł coraz większy smutek. Ulica była brzydka. Pomimo że była to główna arteria, którą dało się dotrzeć wszędzie i którą chodzili wszyscy, Kapturek czuł się zupełnie zagubiony.
Tam, na poboczu, gdzie nikt nie skręcał była mała zielona dróżka. Wygląda ładnie, kusząco. Dlaczego miałaby być niebezpieczna, jak przestrzegała mamusia? Droga jak każda inna. Tylko ładniejsza. Im bardziej Kapturek się zbliżał do zakrętu, tym bardziej się cieszył. Coś mu podpowiadało, że właśnie tam jest jego miejsce.
– Heeej! Kapturek! Nie idź tam, tam jest brzydko i groźnie, nie spodoba ci się – zawołała przechodząca obok przyjaciółka ze szkolnej ławy, opierając się wyłącznie na swoich wyobrażeniach.
– Ale... Ale mi się nie podoba ta arteria...
– No jak nie? Mnie się podoba, tobie też musi.
– Ale... Ale ja chcę pójść tędy.
– No weź! Nie wygłupiaj się!
Ale Kapturek się wygłupił i poszedł. I było mu z tym dobrze. Nie było tam wielu osób, ale szło się tak przyjemnie. Dopiero teraz Kapturek uśmiechał się tak jak ci wszyscy radośni ludzie z arterii, nie był już zagubiony, właśnie tutaj było jego miejsce.


Nagle z zarośli wyskoczył wilk. Nie miał nic do powiedzenia, wszak wilki nie mówią, obnażył kły, groźnie zawarczał i rzucił się na Kapturka. Chciał go rozszarpać. Bez powodu. Bez celu. Tylko dlatego, że akurat tam był. Podróż Kapturka nie była łatwa. Co jakiś czas pomiędzy gałęziami błyszczały nienawistne ślepia i ostre kły. Czasem warczały. Czasem atakowały. Czasem gryzły do krwi.
W tym miejscu mogę chyba w końcu zdradzić, dokąd podążał Kapturek. Czy może do drugiego Kapturka? Czy do Chusteczki? Czy do zupełnie pustego domku? To kompletnie bez znaczenia, bo Kapturek szedł po prostu do siebie.
Nie odizolował się jednak od ludzi, wręcz przeciwnie, żył szczęśliwie wśród nich. Byli mili, serdeczni, nawet się uśmiechali. Niektórzy tak szeroko, że odsłaniali pilnie strzeżone i ukrywane wilcze kły. Ale Kapturek nie był głupi, wiedział, że to przebrane wilki. Nie wiedział tylko, czy zaraz wyskoczą, czy zaatakują, czy...
Nie wiem, czy wiecie, ale w miarę, jak rozwijało się społeczeństwo, rozwijała się ta bajka. Na początku wilk pożerał Kapturka i babcię i That's all Folks! Dzisiaj czy to przy użyciu ostrego noża, czy pomocy leśniczego z drewnianą nogą udaje się pokonać wilka i Kaputrek żyje dalej szczęśliwie. Z kim tam sobie chce.

Nie bądź wilkiem. Nie pożeraj Kapturka.

niedziela, 25 września 2016

To ja jestem pro-life

Dawno, dawno temu, w latach  1956-1992 w Polsce aborcja była legalna w przypadku „trudnych warunków życiowych kobiety ciężarnej”, bez dalszego precyzowania. Jak widać, większość osób, krzyczącycych dzisiaj, jak to wymrzemy, bo kobiety będą się skrobać na potęgę, urodziło się w czasach, gdy legalne przerwanie ciąży nie było żadnym problemem. No i proszę, jakoś przetrwali.
Dzisiaj kobieta nie może się powołać na trudną sytuację. Nawet jeżeli ma już dzieci, musi się nimi zajmować, a dodatkowo jeszcze pracować i nie stać jej na kolejne maleństwo, jak wpadła, to wpadła i po niej. Dopiero po porodzie państwo dostrzeże jej trudną sytuację, zabierze wszystkie dzieci i odda obcym ludziom na przechowanie za opłatą.
To ja jestem pro-life, bo jestem za życiem, a nie tylko za rodzeniem. Chociaż za rodzeniem też jestem. Chcę, żeby w Polsce rodziło się dużo szczęśliwych i kochanych dzieci, tylko skąd one się wezmą, gdy kobiety będą się bały zachodzić w ciążę, a lekarze w cokolwiek wtrącać? Na pewno nie z in-vitro. No i kto będzie te dzieci rodził, jak kobieta po jednej wpadce (albo gwałcie, bo to w sumie jeden karabin) i wizycie u krawcowej straci możliwość zostanie matką albo w ogóle życie?
A co z chorymi dziećmi, które kobiety usuwają z własnego egoizmu? Ja bym (słowo klucz, akapit nie odnosi się do rodziców chorych dzieci, a do „bymów”) urodził i wychował. Patrzcie ludzie, jaki ze mnie bohater. Poświęcę się dla opieki nad cierpiącym dzieckiem, nawet nie wiecie, jakie to trudne, ale ja wam powiem, żebyście mnie wysławiali. Niech świat opłakuje ze mną agonię mojego dziecka, której dało się uniknąć zanim rozwinął się jego układ nerwowy. Jestem taki dzielny, bo zdecydowałem się przeżyć tragedię, będę się pławić we własnej martyrologii kosztem fizycznego cierpienia własnego dziecka. Taki ze mnie bohater (siedzący za ciepłym monitorkiem i jedynie wyobrażający sobie zupełnie hipotetyczną możliwość upośledzenia płodu).
Idąc tym tokiem rozumowania, ośmioletnie dziecko, które nagle zachoruje też możemy zabić, tak? Jak znajdziemy jednego rodzica na całym świecie, któremu taka myśl zaświta na ułamek sekundy, to będziemy mogli na ten temat dyskutować.
Na koniec zagadka: o kim mowa? Fanatyczni wyznawcy religii sprowadzającej rolę kobiety do przedmiotu panoszą się po moim kraju, próbując mi narzucić swoje prawo i ograniczyć moją wolność.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Z pamiętnika znudzonego informatyka

Dryń, dryń!
– Technik informatyk, w czym mogę pomóc?
Usłyszałem w słuchawce dźwięk, który prawdopodobnie był jedną z węgierskich samogłosek, bo z żadną z polskich nie mogłem go utożsamić, a zaraz po nim nerwowe chrząknięcie. Wybawiłem nieszczęśnika z ambarasu.
– Próbował pan wyłączyć i włączyć komputer?
– Ach, to ty! – dawno nikt się tak nie ucieszył z mojego towarzystwa. – Już myślałem, że pomyłka, technik jakiś… Po co mi technik? Ja ciebie potrzbuję. Słuchaj, to to takie, wiesz, mi nie działa.
– Ale co konkretnie?
– No ta rzecz taka.
– Jaka?
– No to to. O, tutaj mi nie wyskakuje – pokazał mi palcem przez telefon.
– Nie wyskakuje? A rozmawiał pan o tym z żoną?
Cisza. Niebezpieczna cisza. Rozmówca myśli. Albo dzwoni do żony.
Trochę to trwało, ale rozwikłałem zagadkę, czym była „ta rzecz”. Komputerem.

Dryń, dryń!
– Wróżbita Maciej, czy włożył pan papier do drukarki?
– Tak, tak, papier włożyłam. Ale i tak nie działa.
No proszę, jestem genialny. Tylko płci przez telefon nie rozpoznałem, ale w dzisiejszych czasach to nawet w bezpośrednim kontakcie nie można być niczego pewnym.
– A włączyła pani drukarkę?
– Tak…
Wyczułem zawahanie i brnąłem dalej.
– Na pewno?
– No tak, tym garnuszkiem.
– Garnuszkiem?
– No tak, tutaj na górze mam, obok tej lupki. Zawsze tu klikam i się drukuje.

środa, 27 lipca 2016

Kopciuszek dzisiaj, dzisiaj Kopciuszek


Kopciuszek żyje sobie dzisiaj pośród nas. Jej matka zmarła przy porodzie, ponieważ próba uratowania jej zagroziłaby życiu dziecka, więc lekarzowi mogła grozić odpowiedzialność karna. Wolał nie ryzykować. Chociaż klauzula sumienia – był katolikiem – kazała mu ratować każde życie poczęte, a matka Kopciuszka niewątpliwie życiem poczętym była.
Ojciec Kopciuszka załamał się po śmierci żony i zaczął pić. Nieraz mały Kopciuszek prowadził po ulicy zataczającego się ojca ku przerażeniu zaaferowanych, acz biernych sąsiadek. Kręciły głowami i mruczały pod nosem „patologia”. Nawet nie podejrzewały, że każdego wieczoru w barze okoliczna „patologia” piła za ich zdrowie.
– Za tych, którzy nie muszą się znieczulać, oby nigdy nas nie zrozumieli! Panie barman, jeszcze nalej! Nie za dużo, tak w sam raz. Tak, by głowę mieć na karku, lecz by pamięć trafił szlag.


Po pewnej nocnej eskapadzie, gdy obudził się z obrączką na palcu i u boku czegoś, co w zamierzeniu natury miało być kobietą, stwierdził, że więcej nie pije. Dotrzymał słowa. Musiał. Nowa żona sprowadziła się z dwiema córkami, więc miał na utrzymaniu cztery kobiety. Co tydzień któraś miała PMSa. Nie dziwota zatem, że całe dnie spędzał w pracy.

czwartek, 21 lipca 2016

Słitaśny blogasek

Liebster Award oznacza z niemiecka w wolnym tłumaczeniu ʻnagroda dla słitaśnego blogaskaʼ. Rozprzestrzenia się jak zaraza internetowy łańcuszek. Jak ją dostaniesz, podajesz dalej kilku blogerom, których lubisz. Zasady są różne, tym razem uwzględniają 11 pytań, na które odpowiadasz, a potem wymyślasz własne dla swoich nominowanych.

Dostałam nominację od Darka z Się Mówi. Dziękuję bardzo. Lubię Darka. To jego blog sprawił, że zaczęłam planować zmianę szablonu na coś takiego w jego stylu. Tylko coś mi się w realizacji omskło... Darek ładnie pisze. Inspiruje. Czytając jego bloga nabierasz ochoty, żeby zmienić coś w swoim życiu na lepsze i podążać za jego przykładem. Ale potem wymyśla coś takiego jak „nastaw się pozytywnie do każdej mijanej na ulicy osoby” i witki opadają. Gdzie ja takie narkotyki dostanę?

wtorek, 19 lipca 2016

Idę albo nie idę

Oto Nuno Henriques. Mieszka ze mną. Lubi jeść miodek i firanki. Dzisiaj ma wam coś do opowiedzenia.