Zbyt Mało Czerwony Kapturek

Mama przewiązała córce na głowie czerwony kapturek i posłała w świat. Przecież to bez sensu. Czy to, co Kaputek nosił na głowie było kiedykolwiek kapturkiem? Takim doszytym do płaszczyka? Nie, to zawsze była chusteczka. Chusteczka – rzeczownik rodzaju żeńskiego w języku polskim, tak samo jak nasza bohaterka. Obyłoby się bez znanych już dylematów: czy Kapturek był czy była? czy Kopiciuszek zrobił czy zrobiła? czy Henio bredził... dobra, nieważne.
Mama wysłała agenderowego Kapturka w świat. Jeszcze nie wiem, dokąd, bo jeszcze tego nie napisałam, więc zobaczymy wspólnie, jak to się rozwinie. Mama opowiadała córce dziecku, jak wygląda świat, jak funkcjonuje społeczeństwo i powiedziała (właśnie tak, „powiedziała”, bo to było tak naturalne, że tego się nie każe, o to się nie prosi; po prostu się mówi), żeby szło główną arterią tak jak wszyscy. Tak jest bezpiecznie.
Kapturek był grzeczny, posłuchał mamusi i ruszył w drogę (nadal nie wiem, dokąd). Wszedł pewnie między ludzi i przyglądał się ich uśmiechniętym twarzom. Wziął głęboki oddech i dziarsko maszerował, czekając aż to dziwne uczucie niepokoju minie. Niestety, Kaptuek z każdym kolejnym rokiem czuł coraz większy smutek. Ulica była brzydka. Pomimo że była to główna arteria, którą dało się dotrzeć wszędzie i którą chodzili wszyscy, Kapturek czuł się zupełnie zagubiony.
Tam, na poboczu, gdzie nikt nie skręcał była mała zielona dróżka. Wygląda ładnie, kusząco. Dlaczego miałaby być niebezpieczna, jak przestrzegała mamusia? Droga jak każda inna. Tylko ładniejsza. Im bardziej Kapturek się zbliżał do zakrętu, tym bardziej się cieszył. Coś mu podpowiadało, że właśnie tam jest jego miejsce.
– Heeej! Kapturek! Nie idź tam, tam jest brzydko i groźnie, nie spodoba ci się – zawołała przechodząca obok przyjaciółka ze szkolnej ławy, opierając się wyłącznie na swoich wyobrażeniach.
– Ale... Ale mi się nie podoba ta arteria...
– No jak nie? Mnie się podoba, tobie też musi.
– Ale... Ale ja chcę pójść tędy.
– No weź! Nie wygłupiaj się!
Ale Kapturek się wygłupił i poszedł. I było mu z tym dobrze. Nie było tam wielu osób, ale szło się tak przyjemnie. Dopiero teraz Kapturek uśmiechał się tak jak ci wszyscy radośni ludzie z arterii, nie był już zagubiony, właśnie tutaj było jego miejsce.


Nagle z zarośli wyskoczył wilk. Nie miał nic do powiedzenia, wszak wilki nie mówią, obnażył kły, groźnie zawarczał i rzucił się na Kapturka. Chciał go rozszarpać. Bez powodu. Bez celu. Tylko dlatego, że akurat tam był. Podróż Kapturka nie była łatwa. Co jakiś czas pomiędzy gałęziami błyszczały nienawistne ślepia i ostre kły. Czasem warczały. Czasem atakowały. Czasem gryzły do krwi.
W tym miejscu mogę chyba w końcu zdradzić, dokąd podążał Kapturek. Czy może do drugiego Kapturka? Czy do Chusteczki? Czy do zupełnie pustego domku? To kompletnie bez znaczenia, bo Kapturek szedł po prostu do siebie.
Nie odizolował się jednak od ludzi, wręcz przeciwnie, żył szczęśliwie wśród nich. Byli mili, serdeczni, nawet się uśmiechali. Niektórzy tak szeroko, że odsłaniali pilnie strzeżone i ukrywane wilcze kły. Ale Kapturek nie był głupi, wiedział, że to przebrane wilki. Nie wiedział tylko, czy zaraz wyskoczą, czy zaatakują, czy...
Nie wiem, czy wiecie, ale w miarę, jak rozwijało się społeczeństwo, rozwijała się ta bajka. Na początku wilk pożerał Kapturka i babcię i That's all Folks! Dzisiaj czy to przy użyciu ostrego noża, czy pomocy leśniczego z drewnianą nogą udaje się pokonać wilka i Kaputrek żyje dalej szczęśliwie. Z kim tam sobie chce.

Nie bądź wilkiem. Nie pożeraj Kapturka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zamknąć oczy - opowiadanie konkursowe

Słitaśny blogasek

Z pamiętnika znudzonego informatyka