A może to toczeń?
Generalnie uważam się za człowieka zdrowego,
zdecydowanie hipochondrykiem nie jestem, lekarzy omijam szerokim łukiem, mimo
mej ogólnej tolerancji dla świata, do każdego lekarza jestem z góry uprzedzona,
w szpitalach nie bywam. Niestety przydarzyło mi się kolejne doświadczenie z
polską służbą zdrowia, które w niczym nie zmieniło moich poglądów i uprzedzeń.
W czwartkowy wieczór jak i piątkowym wczesnym
rankiem dostałam silnego atatku bólu gdzieś w okolicach lewej nerki. Po
proszkach przeciwbólowych wydawało się, że przychodzi. Wstałam jak zawsze,
wypiłam kawkę, umyłam się i zaczęłam się zastanawiać. Snułam czarny scenariusz
jak ból mnie łapie w środku zajęć i cóż ja wtedy pocznę? Podjęłam dezycję, że
nie pójdę na zajęcia, poleżę jeden dzień w łóżeczku, żeby mieć pewność, że
przeszło. Absolutnie nie wybierałam się do żadnego lekarza. Już ja wiem, jak to
się kończy. Z czym bym nie szła, zawsze to samo. Mogłabym pójść z nogą odrąbaną
siekierą i usłyszłabym jedynie:
- Jest pani w ciąży?
- Nie.
- To ja nie wiem, jak pani pomóc.
Generalnie zawsze wychodzi na to, że nic z badań
nie wynika, nic mi nie jest, może przejdzie, idź do domu i nie symuluj odrąbanej
nogi.
Niestety, ból się nasilał. Dotarł do granicy: no
dobra, idę do lekarza. Miałam szczerą chęć się udać, aczkolwiek nastąpiła
kolejna zmiana planów. Nie mogłam się ruszyć. Abuela zadzwoniła po
karetkę.
Pięć minut spacerkiem (jak ktoś może spacerować)
od mojego domu znajduje się szpital z oddziałem urologicznym. Zawieźli mnie na
Oddział Ratunkowy na drugim końcu miasta. Nie widziałam sensu. Ja nie byłam
przypadkiem, w którym ewidentnie było widać, co się stało i należało ratować -
udzielić doraźniej pomocy. Ja wymagałam najpierw badań, diagnozy i, zapewne,
leczenia. Łaskawie zlecono badania. Dostałam jeszcze w domu środki
przeciwbólowe, toteż czułam się niezgorzej. Stąd JEDYNY pan doktor na cały
oddział i banda stażystów mnie olewali, bo przecież nic mi nie było.
Spacerowałam po korytarzu, widziałam stale otwarte na oścież drzwi z napisem
"proszę zamykać drzwi", tabelę: "lekarz dyżurny",
"ratownik" i jeszcze jakaś funkcja - nie pamiętam, która czekała,
żeby ktoś w końcu wpisał tam jakieś nazwiska. Jednak nic nie śmieszyło mnie tak
jak ozdobny napis: "Pacjentom - nasza wiedza, profesjonalizm i
życzliwość." Aż korciło dopisać: "I poczucie humoru."
W tzw. międzyczasie, gdy oczekiwałam na
jakąkolwiek uwagę ze strony kogolwiek przyjechał mężczyzna z wypadku. Wypadek
polegał na tym, że wbił sobie siekierę w stopę. Całe szczęście, że nie w rękę,
bo jakby sobie wtedy kroplówkę trzymał?
Dorwałyśmy doktora na korytarzu. Eulalia
zasugrerowała, że może by zrobić USG, skoro już czekamy bezczynnie na wyniki.
Na te słowa pan doktor się uśmiechnął:
- No ale po co USG? Bo wczoraj pobolało?
WCZORAJ? WCZORAJ? WCZORAJ mnie karetka
przywiozła? WCZORAJ?!
W końcu przyszły wyniki, z których - que surpresa
- nic nie wyszło. W związku z tym pan doktor wymamrotał bardziej do siebie niż
do nas:
- No to zrobimy jeszcze USG.
I wyszedł bez słowa. Cóż miałyśmy robić?
Czekałyśmy, bo właściwie nie bardzo wiedziałyśmy, co się działo. Po kilkunastu
minutach zaczepiłam pana doktora na korytarzu i zapytałam, czy mam gdzieś iść
na to USG czy co... Dopiero wtedy powiedział, że tak! Dał mi papiery, wskazał,
gdzie jest USG i poszłyśmy. Ustawiłyśmy się grzecznie w kolejce i tak byśmy
chyba zbawienia czekały. USG obsługiwało szpital, SOR i osoby z zewnątrz
umówione na konretną godzinę. My, jako z SORu obsługiwane jesteśmy poza kolejką,
o czym dowiedziałyśmy od lekarza, który przechodząc mimochodem zerknął na moje
papiery, które sobie ułożyłam na kolanie. Nasz pan doktor nic nie powiedział
nam ani pani doktor z USG, dzięki czemu nikt by nawet nie wywołał mojego
nazwiska. Ale przecież to pacjenci siedzą codziennie na SORze, wystarczy im
powiedzieć: "zróbcie sobie USG" i reszty sami się domyślą, czyż nie
tak?
Jak wspominałam, odczuwałam ból w okolicach
nerek, choć pani lekarz stażystka mnie poinformowala, że nerki to są w innym
miejscu. Ale i tak wszyscy mi badali nerki, na USG też. W opisie badania
wszysko wyszło w normie, niepowiększone, nieposzerzene, a nerki wyszły...
nieczytelne! Bo się źle wydrukowało.
Wracamy na prześwietlenie. Tym razem lekarka
stażystka udała się z nami i poinformowała odpowiednie osoby. Oczywiście, że
nic nie wyszło. Nawet w opisie stwierdzono, że właściwie to niewiele widać.
Najwyraźniej wyszły fiszbiny i zapięcie od stanika.
W trakcie gdy czekałyśmy na opis prześwietlenia,
na USG przyszedł starszy człowiek z bardzo opuchniętą ręką - oczywiście z SORu,
przyprowadzony przez stażystę. Pewna kobieta obruszła się wielce, bo ona tu
czeka od pół godziny i ciągle ktoś jej się w kolejkę wpycha, a teraz jej kolej,
ona tu z dzieckiem, pan mi na piśmie pokaże, że pan ma pierwszeństwo, idź do
dyrektora - zwróciła się do towarzyszącego jej mężczyzny - i wyjaśnij sprawę.
Dziecko siedziało obok zadowolone z życia, żywotne i cierpliwie czekało.
Mamusia mogłaby wziąć z niego przykład.
Po kilku godzinach czekania dowiedziałyśmy się, że
nic mi nie jest, może to coś tam było, może kamień i może przejdzie. Zaprawdę,
któż by się spodziewał takiej diagnozy?
Podczas gdy wychodziłyśmy powróciła kobieta,
która rano nie miała cierpliowości. Zjawiła się niedługo po mnie, była w
niezłym stanie - jakiś niewielki uraz ręki. Krzyczała na lewo i prawo, że ona
tu nie ma czasu tyle czekać i dowiedziawszy się, że właśnie operują tego
mężczyznę od siekiery zapowiedziała, że she'll be back. No i wróciła.
Znów nikt nie chciał się nią zająć na jej
zawołanie, więc poprosiła o oświadczenie, że na SORze nie chcą jej przyjąć to
ona sobie pójdzie gdzieś indziej. Pan doktor wypisał, że pacjentka nie chce
czekać. Po krótkim namyśle pani Niecierpliwa zgodziła się je przyjąć pod
warunkiem, że dopiszą "cały dzień". Pani z rejestracji poszła
poinformować o tym doktora, on się zaśmiał i poszedł leczyć inną pacjentkę. Jak
się sprawa zakończyła - nie wiem, wyszłam.
I to mógłby być koniec, ale niestety... Ledwo
wróciłyśmy do domu, gdy nastąpił kolejny atak. Tym razem doczołgałam się do
pobliskiego szpitala, gdzie wszystko było już normalnie, porządnie i nawet
sympatycznie. Poza tym może, że w miejscu publicznym wisi dokładnie taki
obrazek z dokładnie takim podpisem.
Kolejna seria opowieści co się stało, badania,
leki... Pewnie kamień. Pewnie wyjdzie niedługo. A może już wyszedł. Nie będę
ukrywać, że było absolutnie wszystko jedno co to było, chciałam tylko, żeby
przestało już boleć. Miałam właściwie noc w plecy, od czwartej (rano) już w
ogóle nie spałam. Wróciłyśmy koło piątej (po południu) do domu, ja już padałam
na pysk, ale nie mogłam się położyć, bo wtedy bolało najgorzej. Wykombinowałam
jak poskładać posłanie - nie mam łóżka, tylko materac na podłodze - coby spać
na siedząco. Jak mój piesiej to zobaczył to był zachwycony! Obeszła z każdej
strony, pomerdała ogonkiem i już się pakowała z łapami. No ale jak miałyśmy się
pomieścić we dwie na połowie łóżka?
Podsumowując: jakby ktoś kiedyś widział Heńka płaczącego, tudzież mdlejącego z bólu, nie mogącego się ruszyć, z nogą odrąbaną siekierą, to pamiętajcie, że nic mi nie jest.

Jakże bliska jest mi ta historia!!! Również umierałam z powodu niezidentyfikowanych bólów brzucha. Ba! nawet mnie położyli w szpitalu na obdartej, nieocieplonej sali na 3 dni. Codziennie pobierano mi krew i masę innych płynów ustrojowych, ale z badań o dziwo "nic nie wyszło". Wynik USG lekarz podsumował jednym stwierdzeniem "Nie jest pani w ciąży". Dostawałam darmowe tabletki przeciwbólowe (nie żeby inne niż te które brałam w domu),aż wyszłam ze szpitala udając,że nic mi nie jest i ból sam przeszedł. Podejrzewam, że w polskiej służbie zdrowia ma miejsce większa ilość cudów i samoistnych wyleczeń niż u jakichkolwiek druidów, szamanów czy wróżek. Powiedzą Ci czego na pewno nie masz i na co nie jesteś chora, a resztę możesz sobie zgadnąć sama.
OdpowiedzUsuńPamiętam jak moja mama rodziła moją siostrę, w szpitalu powiedzieli jej, że musi poczekać pół godziny bo lekarz właśnie je tort urodzinowy, ale za to może w tym czasie wejść po schodach na 5 piętro bo winda się zacięła.
Zdrowiej Heniu!!! :*
Arenque