Wayback Machine

Uświadomiłam sobie wczoraj, że to już 10 lat jak Henio bloguje. Z tej okazji postanowiłam napisać notkę w stylu, który porzuciłam już dawno temu. Będzie to niesamowicie pasjonujący, fascynujący, wciągający, pouczający opis dnia z życia Trolejbusa. Włączam sobie zatem muzykę młodości, aby wprowadzić się w klimat i do dzieła.
Najpierw zadzwonił budzik. Chwilę dłuższą niż zwykle zajęło mi zrozumienie "czego się drze?!", kim jestem, gdzie jestem, co się dzieje, dlaczego jest tak zimno i gdzie się podział mój sens życia. Wychodząc z domu zdałam sobie sprawę, że ktoś usunął mi z pamięci ostatnie godziny. Nie miałam pojęcia co robiłam przy drzwiach, dokąd powinnam iść i czy zrobiłam wszystko co powinnam była zrobić. Obwąchałam się, przejrzałam w lustrze i stwierdziłam, że skoro się umyłam i ubrałam to chyba mogę iść.
Pierwsze zajęcia na uczelni pamiętam jak przez mgłę. Przyszedł jakiś Hiszpan. Chyba ten, co zawsze. Och, tak, mów do mnie jeszcze! Tylko mnie o nic nie pytaj, bo nie mam zielonego pojęcia o czym właściwie mówisz. Wyłapałam jedynie, że znów marudził, że mu się sala nie podoba. Nasze ławki są ustawione prostopadle do jego biurka (sala komputerowa), przez co nie możemy się w niego wpatrywać jak cielęta w malowane wrota. A media milczo!
Na kolejnych zajęciach nieco się stresowałam, ponieważ czekało mnie publiczne wystąpienie i zaprezentowanie mojej ulubionej subkultury - hippisów. To takie kolorowe ludziki, co ćpają, śpiewają, śpią pod gwiazdami i nie płacą podatków.
- A jak coś pomylę? Albo zapomnę? Albo się zatnę?
- To cię wyśmiejemy.
Po wystąpieniu niewiele czasu spędziłam grzecznie w studenckiej ławce, gdyż na tłumaczeniach pełnię odpowiedzialną funkcję - jestem nadwornym skrybą i zajmuję honorową pozycję w sali. Która to ma jakąś dziwną akustykę i nie słyszę co do mnie mówią. A muszę słyszeć, bo moim obowiązkiem jest to wszystko szybciutko zapisywać! Dziesięć lat pisania o niczym na coś się przydało.
Na następnych zajęciach mogłam nieco odpocząć, ponieważ la Profesora postanowiła, że obejrzymy sobie film. Trzeba go było tylko uruchomić. Zabrałyśmy się za to z DeJotą i Galletą. Krzyczę do Gallety, że to nie tak, że źle, że się tak to nie uda. A jej się udało. Nie pytajcie mnie o czym był film, bo znowu przysnęłam.
Czekałyśmy z Galletą na ostatnie już zajęcia licząc na to, że właściwie tych zajęć nie będzie. Doktor wprowadził do sali pierwszą grupę, a my zajrzałyśmy nieśmiało do środka. Było jeszcze kilka wolnych miejsc. No to wio! Nasze marzenia się ziściły. Napisałyśmy jedynie test, zdałyśmy, dziękuję, do widzenia.
Tak oto wróciłam do domu ponad trzy godziny wcześniej niż się tego spodziewałam. Co tu zrobić z całym wieczorem wolnym? Biorąc pod uwagę, iż ostatnimi czasy zaczęłam odczuwać silną potrzebę spędzania większej ilości czasu z kaloryferem, postanowiłam zrobić wielkie przemeblowanie. Zamieniłam miejscami biurko i materac. W efekcie, gdy dzisiaj rano zadzwonił budzik, nie miałam pojęcia z której strony do mnie strzelają.
I tak mi upłynął dzionek.

P.S. Kiedyś pisłam takie sprawozdania codziennie, a z tym badziewiem męczyłam się kilka godzin. Chyba się starzeję.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zamknąć oczy - opowiadanie konkursowe

Słitaśny blogasek

Z pamiętnika znudzonego informatyka