Oliwkowy labirynt absurdu
Niby jak ja mam napisać esej o literaturze, skoro
zamiast delektować się lekturą widzę tylko i wyłącznie błędy? Kiedyś tylko
logiczne, dzisiaj również w tłumaczeniach i interpunkcji. Jak łatwe byłoby
moje życie, gdybym się tego wszystkiego nie uczyła.
Postanowiłam zaryzykować i widząc, jak Mendoza
bredzi w książce Oliwkowy Labirynt, napisałam esej, w którym w możliwie
łagodny sposób udowadniałam, że autor jest idiotą ignorantem i nie ma
pojęcia, o czym pisze.
Zacznijmy od tego, że humor w książce Mendozy
opiera się na absurdzie, na sytuacjach niemożliwych, irracjonalnych,
nielogicznych. Wiemy jednakże, że taka była intencja autora i że on również
zdawał sobie sprawę, że to, o czym pisze wydarzyć się nie może.
Z jednej strony mamy humor absurdu, a z drugiej
świat przedstawiony, czyli świat, który sobie pisarz wymyślił mając wizje spirytustyczne.
Niby autor tworzy różne fantastyczne elementy, ale nawet w
rzeczywistości, w której wiedźmy latają na miotłach, zwierzęta mówią, a miłość
jest wieczna, lewo jest zawsze po lewej, a prawo po prawej. Wszystkie światy
opierają się na pewnych niezmiennych zasadach.
A co w przypadku, gdy autor nie wie, że to, o
czym pisze to kompletne bzdury i łamie podstawowe reguły? Wtedy jest to błąd
wynikający z jego ignorancji.
W rozdziale dwunastym Oliwkowego Labiryntu bohaterowie
znajdują nieprzytomną Marię Pandorę stwierdzając, iż jest ona prawie martwa.
Nasz bezimienny protagonista przykłada jej lusterko pod nos, by stwierdzić, czy
rzeczywiście prawie, czy może całkiem. Po stwierdzeniu, że
oddycha samodzielnie poleca swej towarzyszce Emilii zrobić Marii sztuczne
oddychanie. Fuck logic.
Następnie protagonista w lot odkrywa, że Maria
została otruta (no, kuźwa, geniusz!) i poleca towarzyszce przygotowanie
jakiegoś specyfiku, który ma wywołać wymioty. Maria go łyka, zwraca truciznę i
w efekcie czuje się lepiej. Alleluja!
W rozdziale czternastym przychodzi lekarz i
stwierdza, że stan Marii został spowodowany trucizną, ale wymioty powstrzymały
jej działanie. Wait, what? Skoro trucizna nie zaczęła
działać, to jej stan nie mógł być spowodowany przez truciznę, bo przecież ją
zwróciła zanim zaczęła działać. Idealny przykład absurdu, ale jakoś mam
wątpliwości, czy autor zdawał sobie z tego sprawę.
Kolejny problem z otrutą Marią to fakt, że
spożyła ona cyjanek. A Wy wiecie, jak działa cyjanek? Bo Mendoza nie ma
pojęcia. Po pierwsze, jest to niezwykle silna trucizna, która zabija szybko, zażyta nawet w niewielkich ilościach. Cząsteczki cyjanku przyczepiają się do żelaza we
krwi, a to wolne wiązanie w żelazie jest przeznaczone na tlen. Skoro tam się
przyczepia cyjanek, to na tlen nie ma miejsca i organizm się dusi. Ten proces
jest nieodwracalny, aczkolwiek można ofiarę uratować przy natychmiastowej
pomocy lekarza i użyciu specjalistycznych leków. Ważne jest jednak to, że
cyjanek atakuje organizm w momencie, gdy już się rozpanoszy po krwioobiegu, a
nie z żołądka. Skoro Maria straciła przytomność, a to jeden z późniejszych
objawów zatrucia, to żadne płukanie żołądka nie mogło jej pomóc, bo cyjanek
miała we krwi. Powinna była umrzeć.
W rozdziale dwudziestym drugim protagonista
rozmawia w nocy z napotkanym astronomem. Astronom patrząc w niebo stwierdził,
że jest dwanaście po pierwszej. A skąd to wiedział? Z koniunkcji Centaura i
Kasjopei. Nie, z gwiazd nie da się odczytać godziny z taką dokładnością. Bo
ciągłe ruchy gwiazd, bo strefy czasowe, bla, bla, to chyba oczywiste. Mendoza
usiłował wystylizować astronoma na postać mądrą i uczoną, ale że Mendozie do
takiej postaci sporo brakuje, to wyszło jak wyszło. Koniunkcja Centaura i
Kasjopei to twór absolutnie niemożliwy.
Koniunkcja ciał niebieskich to sytuacja, gdy
ustawiają się one w jednej linii. Rzadko zdarza się zauważyć więcej niż trzy.
Natomiast Centaur i Kasjopeja to gwiazdozbiory o różnych kształtach składające
się z wielu, wielu pojedynczych gwiazd. Jakby nie patrzeć, nie ustawią się one
w jednej linii.
Innym błędem, który wyłapałam w trakcie czytania
była obślizgła chusteczka, którą bohaterowie znaleźli w kieszeni płaszcza
świeżo odebranego z pralni. Nie da się. Co by z tym płaszczem nie robili w tej
pralni, a nawet gdyby nic nie robili, to chusteczka, która przesiedziała w
kieszeni dwa dni musi być sucha. Nie ma możliwości, by nadal była obślizgła.
Jako że esej pisałam po hiszpańsku musiałam znaleźć ten fragment w hiszpańskiej
wersji powieści. Chwilę mi to zajęło, ponieważ okazało się, że Mendoza użył
zwykłego, prostego słowa sucia – brudna. Obślizgła chusteczka była
wyłącznie wymysłem tłumacza. Chciał się popisać elokwencją, a wyszedł na głąba,
co życia nie zna.
W podobny sposób czytam całą literaturę piękną, nic mi umknie. Któregoś dnia będę świetnym redaktorem. O ile puszczę jakąś książkę do druku.
Co do koniunkcji, pewien profesor byłby z Ciebie dumny ;)
OdpowiedzUsuńTen komentarz poruszył moje serce. ^^
UsuńNiesamowicie mnie to cieszy :)))
Usuń