Praca magisterska: epilog

Jak się już napiszę pracę magisterską to ogarnia człowieka pustka. Wszystko traci sens, brakuje motywacji do robienia czegokolwiek, namiętnie oglądana argentyńska telenowela nagle staje się nieznośnie nudna. Kim jestem? Dokąd zmierzam?

Umówiłam się z panią promotor, że przyniosę pracę w środę, toteż pobiegłam na uczelnię z samego rana. W czwartek. Praca napisana, jeszcze sobie tylko szybciutko wydrukuję. No, żebym się nie zdziwiła.
Drukarka powitała mnie serdecznym i typowym dla naszych relacji:
– Pier*** się!
 Wcisnęłam guzik, zapaliło się światełko – działa. Ale nie drukuje. Wciskam jedyny guzik na drukarce jeszcze raz. Wtedy zaczęła rzęzić jakby chciała powiedzieć „haha, nabrałam cię!” i dopiero zaczęła się uruchamiać.
Wypuściła wszystkie strony nieparzyste bez problemów. To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Przystępujemy do parzystych. Po dwóch stronach zorientowałam się, że włożyłam papier zadrukowanym do góry, więc miałam dwie strony na jednej i jeszcze miejsce na dwie kolejne. Drukarka stwierdziła, że tak to ona się nie bawi i zerwała współpracę. Zerknęłam, czy jej czegoś nie brakuje, czy wie, że ma drukować. Poddaję się. Dzwonię do jedynego informatyka, który mi pomoże na odległość i natychmiast. Wróżę z ręki przez telefon.
– Halo?
– Ratunku!
I zniesie cierpliwie nasze informatyczno-humanistyczne konwersacje:
– I tam będzie taki przycisk / kabelek / program / opcje.
– Nie ma.
– Musi być.
– No ale nie ma!
Eulalia zaleciła wyłączyć wszystko i poprawić kabelek. Wyłączyłam komputer, wyłączyłam drukarkę i zgasiłam światło. Pomogło dociśnięcie kabelka, znikł ten offline. Drobnym problemem było jedynie to, że nadal się nie drukowało. No to klikam we wszystko po kolei, w co tam kliknąć potrafię: prawy przycisk myszy, lewy przycisk myszy... I zauważyłam, że trzeba było odhaczyć wstrzymywanie, które sama zahaczyłam, żeby się drukowało. Znaczy, żeby się nie drukowało. Jak się przestało drukować to zaznaczyłam, żeby się nie drukowało, bo chciałam, żeby się drukowało.
 Naprawiłam te podwójnie zadrukowane strony i uznałam, że nie mam już cierpliwości. I tak było za późno, żeby zdążyć z pracą  na środę, więc postanowiłam dopisać ostatni element: wstęp. To był idealny moment. Akurat po wyrdukowaniu pracy z numeracją stron dopiszę jeszcze ze dwie na początku. Tak swoją drogą: wstęp, podsumowanie i streszczenie - powrót do dzieciństa: takie samo, ale inne.
 Napisałam, zapisałam i kliknęłam drukuj. I czekam, czekam... Ja wiem, że to zrobisz. Czekam, czekam... Alleluja! Dzownię jeszcze raz do Eulalii.
– Kiedyś chciałaś mnie nauczyć, jak się zmienia tusz w drukarce. Dawaj!
Jak się podniesie pokrywę (coby zachować resztki godności, przemilczę, jak to wyglądało) to tusze powinny się wysunąć na środek, żebym miała do nich dostęp. Wyjechały, próbuję się do nich dobrać, a to mi ucieka i chowa się z drugiej strony pokrywy. Wnioskując z reakcji Eulalii, nie zdarza się to często. Zamknij i otwórz jeszcze raz. ZA CO?! Jakoś wspólnymi siłami pootwierałyśmy to wszystko, co się otwiera do góry, ale żeby to otworzyć do góry, to trzeba nacisnąć dół od dołu.
Udało się. Pacjent przeżył. Chirurg też. I telefoniczny konsultant też.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zamknąć oczy - opowiadanie konkursowe

Słitaśny blogasek

Z pamiętnika znudzonego informatyka