Posty

Zbyt Mało Czerwony Kapturek

Obraz
Mama przewiązała córce na głowie czerwony kapturek i posłała w świat. Przecież to bez sensu. Czy to, co Kaputek nosił na głowie było kiedykolwiek kapturkiem? Takim doszytym do płaszczyka? Nie, to zawsze była chusteczka. Chusteczka – rzeczownik rodzaju żeńskiego w języku polskim, tak samo jak nasza bohaterka. Obyłoby się bez znanych już dylematów: czy Kapturek był czy była? czy Kopiciuszek zrobił czy zrobiła? czy Henio bredził... dobra, nieważne. Mama wysłała agenderowego Kapturka w świat. Jeszcze nie wiem, dokąd, bo jeszcze tego nie napisałam, więc zobaczymy wspólnie, jak to się rozwinie. Mama opowiadała córce dziecku, jak wygląda świat, jak funkcjonuje społeczeństwo i powiedziała (właśnie tak, „powiedziała”, bo to było tak naturalne, że tego się nie każe, o to się nie prosi; po prostu się mówi), żeby szło główną arterią tak jak wszyscy. Tak jest bezpiecznie. Kapturek był grzeczny, posłuchał mamusi i ruszył w drogę (nadal nie wiem, dokąd). Wszedł pewnie między ludzi i przyglądał ...

To ja jestem pro-life

Dawno, dawno temu, w latach  1956-1992 w Polsce aborcja była legalna w przypadku „trudnych warunków życiowych kobiety ciężarnej”, bez dalszego precyzowania. Jak widać, większość osób, krzyczącycych dzisiaj, jak to wymrzemy, bo kobiety będą się skrobać na potęgę, urodziło się w czasach, gdy legalne przerwanie ciąży nie było żadnym problemem. No i proszę, jakoś przetrwali. Dzisiaj kobieta nie może się powołać na trudną sytuację. Nawet jeżeli ma już dzieci, musi się nimi zajmować, a dodatkowo jeszcze pracować i nie stać jej na kolejne maleństwo, jak wpadła, to wpadła i po niej. Dopiero po porodzie państwo dostrzeże jej trudną sytuację, zabierze wszystkie dzieci i odda obcym ludziom na przechowanie za opłatą. To ja jestem pro-life, bo jestem za życiem, a nie tylko za rodzeniem. Chociaż za rodzeniem też jestem. Chcę, żeby w Polsce rodziło się dużo szczęśliwych i kochanych dzieci, tylko skąd one się wezmą, gdy kobiety będą się bały zachodzić w ciążę, a lekarze w cokolwiek wtrącać? N...

Z pamiętnika znudzonego informatyka

Obraz
Dryń, dryń! – Technik informatyk, w czym mogę pomóc? Usłyszałem w słuchawce dźwięk, który prawdopodobnie był jedną z węgierskich samogłosek, bo z żadną z polskich nie mogłem go utożsamić, a zaraz po nim nerwowe chrząknięcie. Wybawiłem nieszczęśnika z ambarasu. – Próbował pan wyłączyć i włączyć komputer? – Ach, to ty! – dawno nikt się tak nie ucieszył z mojego towarzystwa. – Już myślałem, że pomyłka, technik jakiś… Po co mi technik? Ja ciebie potrzbuję. Słuchaj, to to takie, wiesz, mi nie działa. – Ale co konkretnie? – No ta rzecz taka. – Jaka? – No to to. O, tutaj mi nie wyskakuje – pokazał mi palcem przez telefon. – Nie wyskakuje? A rozmawiał pan o tym z żoną? Cisza. Niebezpieczna cisza. Rozmówca myśli. Albo dzwoni do żony. Trochę to trwało, ale rozwikłałem zagadkę, czym była „ta rzecz”. Komputerem. Dryń, dryń! – Wróżbita Maciej, czy włożył pan papier do drukarki? – Tak, tak, papier włożyłam. Ale i tak nie działa. No proszę, jestem genialny. Tylko pł...

Kopciuszek dzisiaj, dzisiaj Kopciuszek

Obraz
Kopciuszek żyje sobie dzisiaj pośród nas. Jej matka zmarła przy porodzie, ponieważ próba uratowania jej zagroziłaby życiu dziecka, więc lekarzowi mogła grozić odpowiedzialność karna. Wolał nie ryzykować. Chociaż klauzula sumienia – był katolikiem – kazała mu ratować każde życie poczęte, a matka Kopciuszka niewątpliwie życiem poczętym była. Ojciec Kopciuszka załamał się po śmierci żony i zaczął pić. Nieraz mały Kopciuszek prowadził po ulicy zataczającego się ojca ku przerażeniu zaaferowanych, acz biernych sąsiadek. Kręciły głowami i mruczały pod nosem „patologia”. Nawet nie podejrzewały, że każdego wieczoru w barze okoliczna „patologia” piła za ich zdrowie. – Za tych, którzy nie muszą się znieczulać, oby nigdy nas nie zrozumieli! Panie barman, jeszcze nalej! Nie za dużo, tak w sam raz. Tak, by głowę mieć na karku, lecz by pamięć trafił szlag. Po pewnej nocnej eskapadzie, gdy obudził się z obrączką na palcu i u boku czegoś, co w zamierzeniu natury miało być kobietą, stwi...

Słitaśny blogasek

Obraz
Liebster Award oznacza z niemiecka w wolnym tłumaczeniu ʻnagroda dla słitaśnego blogaskaʼ. Rozprzestrzenia się jak zaraza internetowy łańcuszek. Jak ją dostaniesz, podajesz dalej kilku blogerom, których lubisz. Zasady są różne, tym razem uwzględniają 11 pytań, na które odpowiadasz, a potem wymyślasz własne dla swoich nominowanych. Dostałam nominację od Darka z Się Mówi . Dziękuję bardzo. Lubię Darka. To jego blog sprawił, że zaczęłam planować zmianę szablonu na coś takiego w jego stylu. Tylko coś mi się w realizacji omskło... Darek ładnie pisze. Inspiruje. Czytając jego bloga nabierasz ochoty, żeby zmienić coś w swoim życiu na lepsze i podążać za jego przykładem. Ale potem wymyśla coś takiego jak „nastaw się pozytywnie do każdej mijanej na ulicy osoby” i witki opadają. Gdzie ja takie narkotyki dostanę?

Idę albo nie idę

Obraz
Oto Nuno Henriques. Mieszka ze mną. Lubi jeść miodek i firanki. Dzisiaj ma wam coś do opowiedzenia.

Pół człowiek, pół magister

Obraz
   Gdybym był magistrem dejdel didel dejdel digu digu didel, dejdel dum. Cały dzień bym biddy, biddy bum, gdybym ja ten dylpom miał. Nauki bym się brzydził, dejdel didel dejdel digu digu didel, dejdel dum, gdybym ja ten biddy, biddy bum digu digu didel, dyplom miał. Zbudowałbym ja markę najlepszą na świecie, każdy by zatrudnić mnie chciał. A ofert by bez liku w mejlu było mym: książek – ho, ho! – filmów jeszcze i więcej, i porno zlecenia też bym miał, bo sobie tak akurat życzyłbym. Zasób to ja chcę dorodny mieć słów, co krok „vamos”, „Portugal”, „está bem”. Taki koncert – ojojoj! – jak ze snu: tu słownik, tam przewodnik, coś z fodar i coś z kur… I już każdy w krąg połapie się, że właśnie ja, magister, pracuję tu! Już widzę moją kotkę jako magistrową; ach, ma półmiski pełne dwa. W kuchni krząta się, gdzie myszy moc i ważna jest, że aż strach, i wszystkim ona rządzi. Oj, ależ radość ona ma, mogąc sobie miauczeć dzień i ...