A Day in the Library


Biblioteka to takie przygnębiające miejsce pełne ciemnych zakamarków, zakazanych korytarzy i zakurzonych książek. Czasem ktoś zajrzy do czytelni jak już się doczeka obsługi szanownego szatniarza i po wyminięciu tej najsympatyczniejszej osoby w całym budynku zapuszcza się coraz głębiej w paszczę lwa. Coś mu w środku podpowiada 'uciekaj', a po chwili okazuje się, że to wcale nie było wewnętrzne przesłanie, a mroźne spojrzenie brzydkiej jak noc bibliotekarki z brodą.
Podajesz tytuł i rocznik potrzebnego czasopisma.  Spotykasz się ze spojrzeniem pełnym lekceważenia i pogardy, w głosie wyczuwasz agresję, gdy oznajmiają, że trzeba zamówić. Jak śmiesz przychodzić tutaj i prosić o cokolwiek? Grzecznie tłumaczysz, że według opisu w katalogu czasopismo znajduje się w czytelni. Och... A nie wie pan gdzie? Już kiedyś z tego korzystałeś i pamiętasz, że tuż za ladą na samym dole. Udało się, egzemplarz jest twój.
Wielka szkoda, że to nie koniec rewelacji. Zamówiłeś też książkę. Nie ma, ale za to dostajesz przekreślony rewers - co ty chciałeś, dzieciaku... Przecież jesteś tylko idiotą, który absolutnie nie sprawdził, że zamawiane przez ciebie tomiszcze jest jedynym z tej serii, które nie znajduje się w czytelni, a wyłącznie w magazynie. Ponownie objaśniasz pracownikowi instytucji naukowej, gdzie zlokalizowane są zbiory, za które (przynajmniej w pewnym stopniu) jest odpowiedzialny. Och, rzeczywiście, trzeba się wybrać do magazynu i przynieść zamawiany egzemplarz. Bibliotekarka przewraca oczami - znowu jakiś nierozgarnięty student się naprzykrza podczas gdy ona ma tutaj gości: siostra z małym dzieckiem przyszła. Nie, to przecież nie ma związku z tym, że wszyscy użytkownicy (oboje) uciekli na koniec czytelni. Niestety, książki nie ma w magazynie, nie wiemy, co się z nią stało.
Idziesz do drugiej czytelni, która nazywa się informatorium. Jest ostoją biblioteki i możesz się tutaj wszystkiego dowiedzieć. To właśnie w takim miejscu Martin Eden pytał kiedy wypada mu odwiedzić ponownie tę pustą idiotkę Ruth pannę z dobrego domu. Uprzejmy bibliotekarz udzielił na nieszczęście Martina cennej porady.
Tak się składa, że poszukiwana przez ciebie książka tutaj jest. Stoi na półce oznaczona odpowiednim numerkiem. Jak każdy dzielny student spisałeś sygnaturę na czystej, równo złożonej karteczce dbając przy tym o wyraźne pismo. W końcu to nie dla Ciebie, nie wiesz, co się kryje pod tymi znaczkami, więc sam książki nie odnajdziesz. Gdyby tylko na stronie internetowej objaśnili, w jaki zawiły sposób poustawiali książki to nawet dałbyś sobie radę sam, ale tak? Już nawet nie myślisz o interaktywnej mapie jaką posiada BUW - nie, to by było zbyt piękne. Skoro jednak sygnatury określają lokalizację to nie można by zrobić krótkiej rozpiski: numerki 1-5 po lewo, numerki 6-10 po prawo?
Wchodzisz do informatorium. Ma być cisza, więc nie wypada mówić "dzień dobry", choć to grzecznie. Daruj sobie, i tak nikt nie odpowie. Tyle ludzi, ile się dziennie przez biliotekę przewija - kto by miał czasu każdemu skinąć głową, jak tu tyle pracy. Zatrzymujesz się na chwilę przed pustą ladą rozglądając się na boki. Nikogo nie ma, drzwi pozamykane. Podchodzi jakaś dziewczyna, która właśnie skończyła korzystanie z czytelni i chciała odebrać pozostawiony dokument. Zniecierpliwiona wyjęła z koszyczka legitymację i poszła. Właściwie mogła zabrać wszystkie, nikt tego nie pilnował. Równie dobrze mogła taczką wywieźć całego Estreichera i też nikt by nie zauważył.
Musisz obsłużyć się sam. Zaczynasz od rozeznania w terenie. Wszystkie stoliki zajęte przez bliżej nieokreślone projekty, przy których pracuje chudy chłopak. Wygląda na to, że jest młodszy od ciebie - zapewne praktykant. Jeśli praktykant to jest szansa, że korzysta z tych zbiorów, a co za tym idzie ma jakieś pojęcie o ich ustawieniu. Okazuje się, że nawet jest sympatyczny i potrafi wskazać regał, gdzie powinieneś szukać. Niestety, też nie wie, jak są posegregowane. Kiedyś myślał, że alfabetycznie, ale tutaj książki na półki odkładają czytelnicy, a im nie zależy na porządku, co jego wcale nie dziwi. Oni tu nie przychodzą pracować. Jak był tu po raz pierwszy zostawił książki na ladzie, bo przecież wszędzie sobie tak życzą. W BUWie można zostawić wykorzystane materiały dwa piętra wyżej na podłodze.Byle nie na półce. Książki pozostawione przez niego na ladzie leżały w tym samym miejscu następnego dnia, aż sam je odłożył, jak sam przyznał, na mniej więcej właściwe miejsca.
Po przedarciu się przez 150 wolumenów, z których 1/3 miała zbyt wąski grzbiet by pomieść tytuł publikacji, odnajdujesz to, czego ci potrzeba. W końcu możesz zasiąć na jednym z rozpadających się krzeseł i przystąpić do pracy. Najgorsze masz już za sobą, w końcu odetchniesz i spokojnie popracujesz, co w obecnej sytuacji wydaje się już niemal przyjemnością. Praktykant użyczył ci łaskawie połowy ławki - wystarczy. Ważne, że przy oknie, bo to migające światło jest nie tylko irytujące, ale i niezdrowe dla oczu. Słyszysz, że oto nadszedł jakiś bibliotekarz. Podchodzi do niego studentka, oddaje numerek, ale nie odzyskuje legitymacji. Okazuje się, że jej dokument w tajemniczych okolicznościach opuścił pilnie strzeżoną skrzyneczkę. Pochylasz się nad książką, żeby ukryć złośliwy uśmieszek.
Nad czym się pochylasz? To słownik polsko-duński. Czemuż to się uczysz takich cudacznych rzeczy? Temuż, że wszystkie zdjęcia zaprezentowane powyżej przedstawiają bibliotekę w Hjørring (i nie mają nic wspólnego z treścią tekstu).
I nie mówcie mi, że cudze chwalicie, a swego nie znacie. Proszę bardzo, oto Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie. Łojezusicku, jaka piękna!





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zamknąć oczy - opowiadanie konkursowe

Słitaśny blogasek

Z pamiętnika znudzonego informatyka