Jaki piękny dzień!

– Jaki piękny dzień!... rozpocznie się za jakieś cztery godziny – pomyślałam wyłączając budzik. Jak mawia Eulalia „zwlokłam swoje zwłoki” i zrobiłam sobie kawę. Chyba. Nie pamiętam. Tak sobie zakładam, że skoro ją wypiłam to musiałam ją wcześniej zrobić.
Wyglądałam co chwilę przez okno próbując odnaleźć odpowiedź na odwieczne pytanie ludzkości – może nie tyle ludzkości, co kobiet – w co się ubrać. Teraz jest chłodno, zanim dojdę na uczelnię zrobi się gorąco, a jak będę wracać to znowu będzie piź zimno. Nic dziwnego, że pogoda jest rodzaju żeńskiego.
Między jednym a drugim wychyleniem za okno zerknęłam na zegarek i wykorzystując wybitne matematyczne zdolności szybko obliczyłam, że jak wyjdę z domu za –10 minut to jeszcze zdążę na seminarium. Kiedyś ich wszystkich zaskoczę i przyjdę na czas.
Spóźniłam się na referat o Saussurze (nie, żeby on był jakoś szczególnie ważny dla językoznawstwa), ale na szczęście zdążyłam na własny o wściekliznie i chorobie szalonych krów (bardzo ważne dla językoznawstwa). 
Tak, tak, zadzwonimy.
Następne zajęcia rozpoczęły się od kazania, ponieważ tydzień wcześniej nie byliśmy łaskawi zaczekać chwilę na wykładowcę (na naszym kierunku kwadrans akademicki i tak trwa pół godziny, jeszcze mało?). Wykładowca zaproponował zatem, by w przyszłości w takich przypadkach dzwonić do niego. Zapisał nam na tablicy swój numer telefonu, aby każdy miał i byśmy się dogadywali, miast kulturalnie rozchodzić do domów. W tym momencie przypomniało mi się zdjęcie jednego kotka z internetów.
Spotkałam Kubusia! Oczywiście, fakt, że się do mnie tak szeroko uśmiechała nie miał żadnego związku z moją sałatką.
– Niuch, niuch... Czuję marchewkę, cebulę... niuch, niuch... majonez, odrobinę soli...
 Nie nadążałabym z notowaniem jej tekstów, więc dopiero, gdy się rozstawałyśmy zapytałam:
– Co takiego śmiesznego powiedziałaś, że ci prawie z kolan spadłam?
– Do tej pory mam nogę ścierpniętą.
– Lekka jestem. 55 kilo.
– 95?!
– To też sobie zapiszę. Skrobię dziś notkę na bloga. Co jeszcze śmiesznego powiedziałaś?
– Że ładnie wyglądasz.
Radość wielka! Oto w końcu rozpoczynają się zajęcia z NIMI! Doktor Redaktor po krótce przedstawił, czym będziemy się zajmować przez najbliższe dwie godziny. Spojrzałyśmy na siebie zasmucone z Galletą – a gdzie się podziały anegdotki? Przecież były stałym punktem programu. Doktor Redaktor równie dobrze mógłby się nazywać pan Anegdotka. Jakże się nasze buźki rozpromieniły, gdy padło magiczne:
– To ja państwu teraz zaraz anegdotkę jeszcze opowiem. Bez związku, ale związaną.
Skrzętnie zanotowałam ten drobny absurd z zamiarem późniejszego, niecnego wykorzystania. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy okazało się, że historia o Krzysiu rzeczywiście była „bez związku, ale związana”.
Na sam koniec przyszedł Doktor Informatyki do studentów wydziału humanistycznego i próbował nauczać.
– Musimy się spieszyć, bo nam pani Trolejbus zaśnie.
W zasadzie mógł się nie spieszyć, do mnie i tak już nic nie docierało. Ale tę latarnię to w porę zauważyłam wracając do domu. Wróciłam po 21. I to jeszcze nie koniec! Za dwa dni są tłumaczenia. O ósmej rano. Jutro też wracam późnym wieczorem. Więc jeżeli nie przetłumaczę tego tekstu dziś to albo zrobię następnej nocy i nie pójdę na zajęcia, bo będę odsypiać, albo się wyśpię i przyjdę nieprzygotowana na zajęcia. Tak czy tak – dwója. Całe szczęście, że jest Google Translator.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zamknąć oczy - opowiadanie konkursowe

Słitaśny blogasek

Z pamiętnika znudzonego informatyka