Możemy już wracać?
Z dedykacją dla Sylwii, żeby miała co czytać
zamiast się uczyć.
Oraz z dedykacją na wszystkich moich towarzyszy
tamtej niedoli (mam nadzieję, że wybaczycie mi chronologiczne nieścisłości),
zwłaszcza Joanny i Beaty.
Po co wymyślać nieprawdziwe historie pełne
fikcyjnych postaci i sztucznych wydarzeń, gdy mogę po prostu opisać jedną z
wycieczek, które naprawdę odbyłam i zaprezentować cały mój entuzjazm: możemy
już wracać? Jestem tą osobą, która gdy słyszy, że musi przejechać
samochodem 50 km zaczyna liczyć, ile godzin zajmie przejście tego dystansu
piechotą (8 godzin i 20 minut bez przerw), natomiast po spędzeniu tej godziny w
samochodzie robi się blada jak ściana.
W programie drugiego roku studiów
bibliotekoznawczych znajduje się obowiązkowa, pięciodniowa wycieczka. Płaci za
nią uczelnia, więc polega ona na jeżdżeniu po Polsce i odwiedzaniu miejsc, do
których można wejść za darmo lub za niewielką opłatą. Chciałam wrócić z tej
podróży jeszcze zanim spakowałam walizkę. Jedyny powód, dla którego nie
chciałam wracać już w momencie, gdy się dowiedziałam o tej wyciecze to
nadzieja, że jednak nie musiałabym jechać. Niestety...
Wsiedliśmy do autokaru o siódmej rano. Muszę
mówić, o której musiałam wstać, żeby zdążyć? I ruszyliśmy. Jechaliśmy sobie
spokojnie godzinkę, dwie. Postój. Wymuszony przez wypadek. Tu jakieś rozbite
samochody, tam jakiś żywy trup na jezdni. Już mi się podoba ta podróż.
– Ciekawe, ile jeszcze będziemy jechać – powiedziałam,
gdy ponownie ruszyliśmy.
– A bo to wiadomo? Buch! – pocieszył mnie Kubuś.
Warszawa to naprawdę interesujące miejsce,
zupełnie inne niż Lublin. Kiedy chcesz przejść przez ulicę – samochody się
zatrzymują, a ludzie odwrotnie – popychają cię na każdym kroku. Może dlatego
reszta Polski nie lubi Warszawy? Dlatego i z powodu architektury. Miasto jest
po prostu brzydkie: budynek z jakąś dziurą w środku, na kurzej nóżce, czy co?
Albo powykrzywiane Złote Tarasy – konstrukcja trudna do wykonania, bezużyteczna,
droga i brzydka. To wszystko w jednym miejscu. Szacun.
Kolejnym architektonicznym cudem był cel naszej
podróży – Biblioteka Uniwersytecka. Budynek jest zielony i ozdobiony fragmentem
starego magazynu pomalowanego na jaskrawy róż. Nie tylko pracownicy nie kryli
wstydu, gdy tłumaczyli obecność tego magazynu, ale nawet na oficjalnej stronie
BUW-u nie ma ani jednego zdjęcia całego budynku.
W środku było... klasycznie. Tu są książki, tu są
katalogi, tu są starsze książki, tu są krzesła i stoliki, tu są książki.
Większość naszych pracowników nie ukończyła akurat studiów bibliotekoznawczych,
posiadają oni inne kompetencje. Zatem dziękujemy bardzo za wizytę, ale nie
zostawiajcie CV.
Następnie spędziliśmy kilka godzin w autokarze,
aby dojechać do Torunia, gdzie znajdowało się nasze schronisko. Nie wiem, czy
było bardziej tanie, brudne czy zimne. Ja akurat miałam szczęście, gdyż
dostałyśmy luksusowy apartament – z oknem. Nie otwierało się, ale przynajmniej
było.
W schronisku można było skorzystać z kuchni za
opłatą, natomiast za darmo wszyscy turyści mogli skorzystać z czajnika
elektrycznego. JEDNEGO. W łazience, którą dzieliliśmy z pająkami mieliśmy
dostęp do ciepłej wody codziennie między godziną 5.00 a 5.05.
Do schroniska zawitaliśmy nieco zmęczeni i bardzo
głodni. Zapytaliśmy w recepcji, gdzie można kupić coś do jedzenia. Tak
zaskoczonej kobiety jeszcze w życiu nie widziałam. Jak już jej oczy wróciły do
orbit, wydukała, że właściwie to nie ma tu sklepu, jest jakiś, ale daleko.
– W którą stronę? – wyciągaliśmy informację siłą.
Rozumiem, że goście przyjeżdżają do schroniska z brzuchami i walizkami pełnymi
jedzenia. Nasz błąd, niedzielni turyści.
Po dziesięciu minutach spacerku znaleźliśmy sklep
z alkoholem i nawet czymś do jedzenia. Dobra, studentom wystarczy.
Wieczorem wszyscy studenci oprócz jednego, który
poszedł spać, poszli zwiedzać starą część schroniska i zarazić się wścieklizną
od mieszkających tam nietoperzy.
Nie wiem, jak to możliwe, ale drugi dzień zaczął
się jeszcze gorzej niż pierwszy. Był kwiecień, ale chłodne powietrze niosło ze
sobą wspomnienie zimy. Pojechaliśmy do Pelplina, aby zwiedzić tamtejszą
Bazylikę. Na miejscu byliśmy za wcześnie i czekaliśmy jakiś kwadrans poza
autokarem i poza budynkiem. Odetchnęliśmy z ulgą widząc nadchodzącego przewodnika,
ale ulga trwała tylko chwilę. W środku było jeszcze zimniej. Nie mam
wątpliwości, że podczas tej godziny spędzonej w kościele nie byłam jedyną osobą
marzącą o ogniach piekielnych.
Następnie udaliśmy się do Biblioteki Uniwersytetu
Adama Mickiewicza w Poznaniu. Może się ona poszczycić wspaniałym oddziałem
restauracji książki. Gdy weszłam, zobaczyłam te strony delikatnego papieru na
łożu śmierci czekającego na ratunek i te wszystkie specjalistyczne narzędzia do
cięcia, zszywania i czyszczenia, pomyślałam, że mogłam wdychać te opary kleju i
innych substancji przez resztę życia. Oczywiście, na tym oddziale pracują
wykształceni chemicy, to nie jest miejsce dla absolwentów bibliotekoznawstwa.
Wieczorem, gdy zrobiło się jeszcze zimniej,
wszyscy studenci, oprócz jednego, który poszedł spać, urządzili ognisko, żeby odstraszyć
nietoperze świętować ostatnią noc w Toruniu.
Trzeci dzień był dość dziwny, ponieważ nie
odwiedziliśmy biblioteki. To miejsce w Olsztynie nazywa się mediateką, ponieważ
oprócz książek udostępnia również dokumenty audiowizualne. Wnętrze było zbyt
przyjazne, by je nazywać biblioteką, a nasz przewodnik zbyt przystojny, aby go
nazwać bibliotekarzem. Przyznał, że, podobnie jak większość jego kolegów z
pracy, nie studiował bibliotekoznawstwa i zdziwiło go, że studenci tego
kierunku mogą sobie urządzać takie wycieczki.
– Muszą – poprawiliśmy go jednogłośnie (opiekunki
też).
Opowiadał nam o tym, co organizuje mediateka. W
pewnym momencie zapytał:
– Słyszeliście kiedyś o czymś takim, jak
wypożyczalnia ludzi?
A to nie jest nielegalne w Polsce? Po uśmiechach
na twarzach innych studentów wiedziałam, że pomyśleli to samo. On musi
opowiadać to samo kilka razy w miesiącu, a może w tygodniu i jeszcze nikt mu
nie powiedział, jakie skojarzenia można mieć z wypożyczalnią ludzi? Najwyraźniej jego słuchaczami są zazwyczaj
dzieci o umysłach bardziej otwartych i mniej skrzywionych.
A gdyby ktoś chciał wiedzieć: mediateka zaprasza
znaną osobę, z którą uczestnicy spotkania mogą spędzić kilka chwil i
porozmawiać.
Następnie udaliśmy się... znów nie do biblioteki!
Do obserwatorium astronomicznego. Dobra, Obserwatorium – Astronomia – Kopernik –
Toruń. A przecież byliśmy w Olsztynie. Coś mi się pomieszało z chronologią.
Będę drugim Kapuścińskim.
Tam musieliśmy się ustawić w kolejce – pomiędzy
dziećmi z podstawówki i dziećmi z podstawówki. Pomimo szczerych chęci nie
potrafiliśmy się zbyt długo fascynować kolorowymi lampkami i wyszliśmy nieco
wcześniej. Mieliśmy zatem trochę wolnego czasu. Umówiliśmy kiedy i gdzie się
spotkamy i każdy poszedł w swoją stronę. Kubuś i ja postanowiłyśmy poszukać
tego, czego nam najbardziej brakowało. Nie, nie szczęścia w miłości, mam na
myśli coś bardziej realnego i ważniejszego – komputer z dostępem do Internetu.
Pilnowałyśmy się jednak, dałyśmy radę odkleić się od monitora i na umówionym
miejscu byłyśmy pięć minut przed czasem. I tak czekałyśmy minutę, dwie, pięć,
siedem... Nikogo nie było. W końcu zadzwoniła koleżanka, żeby powiedzieć, że
zapomnieli o nas i już poszli do autokaru.
Nie musieliśmy się jednak spieszyć, ponieważ
nasze schronisko w Gdańsku było zamykane na dzień. Mogliśmy wejść wieczorem, a
przed południem musieliśmy wyjść. Tutaj było inaczej niż w Toruniu: też tanio,
ale czysto, ciepła woda, kuchnia. Tylko pokoje większe i tutaj następuje część,
której nie należy opisywać publicznie. Opiszę ją, jak będę to pisać po
portugalsku.
Poszłam do recepcji, żeby zapytać, o której
otwierają z rana. Brakowało mi ćwiczeń fizycznych albo przynajmniej porannego
spaceru. Wolałabym, jak zawsze, z psem i z pierwszą kawą, ale nie mogłam robić
wszystkiego, co chciałam. Właściwie nie mogłam robić niczego, co chciałam.
Uprzejma pani w recepcji powiedziała mi, o której
zamykają wieczorem. Wiedziałam, że na północy mówi się po kaszubsku, ale
myślałam, że polski też znają. Powtórzyłam pytanie. Dowiedziałam się. Muszę się
jeszcze wiele nauczyć o podróżowaniu. Najwyraźniej to, co usiłuję robić – jeść,
wyjść ze schroniska – to coś bardzo dziwnego w świecie turystyki.
Wieczorem wszyscy studenci oprócz jednego, który
poszedł spać, zwiedzali miasto.
Czwartego dnia pojechaliśmy do Grębocina, do Muzeum
Papiernictwa i Piśmiennictwa. Przewodniczka powiedziała, że nie będzie nas
zanudzać teorią, pewnie wiemy więcej od niej, chociaż ona nie wie dokładnie,
czego się uczy na bibliotekoznawstwie, bo przecież ona tego nie studiowała.
Była nieco rozczarowana, że nie byliśmy tak pełni entuzjazmu i chęci do
współpracy jak dzieci, które zazwyczaj odwiedzają muzeum. Och, przepraszam, mój
entuzjazm i chęć do życia współpracy wyczerpały się w poniedziałek o
6.59.
Ostatnim punktem naszej wycieczki była Biblioteka
Uniwersytetu Gdańskiego. Jedyna różnica między nią a tą w Warszawie to sam
budynek. Zresztą całe miasto było po prostu ładniejsze. A w środku wszystko
takie samo: tu są książki, tu są katalogi, tu są starsze książki, tu są krzesła
i stoliki, tu są książki.
Powiedz to! No powiedz to! Wiem, że tego chcesz!
Wiem, że to zrobisz! I ty wiesz, że ja chcę to usłyszeć. No powiedz, powiedz!
– Co może być ciekawe, większość naszych
pracowników nie studiowała bibliotekoznawstwa.
No nie gadaj! Ta wycieczka powinna się nazywać: Miejsca, w których nigdy nie będziecie
pracować. To dlatego nie poszliśmy do McDonalda?
Mieliśmy jeszcze trochę czasu zanim otworzyłyby
się dla nas wrota schroniska, więc pojechaliśmy nad morze. A jak było nad
morzem? Jakby powiedział Kot w Butach:
– Okropnie, wszędzie pełno wody.
Woda po lewej, woda po prawej i jeszcze woda na
górze, bo padało. Muszę dodawać, że od czasu Pelplina temperatura nie wzrosła?
Tym razem poszłyśmy z Kubusiem coś zjeść. Zamówiłam danie, którego nazwę
kojarzyłam, ponieważ czasem kupuję je mrożone. Jest nawet dobre. A na pewno
lepsze niż to, co mi podano w restauracji. Kubuś też nie był zachwycony swoim
jedzeniem. Trzeba było iść do kawiarenki internetowej.
Nie wiem, co studenci robili wieczorem, ale jeden
poszedł spać.
Ostatni dzień poświęcony był na powrót do domu.
Osiem godzin jazdy autokarem brzmi jak motyw samobójstwa, ale słowo powrót
sprawiło, że byłam gotowa jakoś to przetrwać. Byłam taka szczęśliwa, że
wróciliśmy, że gdy tylko weszłam do domu to... zwymiotowałam.
Moja relacja! Część się zgadza :)
OdpowiedzUsuńhttp://patrz.pl/mp3/id/1250872
Piłam herbatę, jak włączyłam. O mało się nie zakrztusiłam! :-D
Usuń