Dr Jekyll i pan Tłumacz
Nie chcę się chwalić, ale muszę – mówię po polsku. I to całkiem nieźle, cały czas się rozwijam, czytuję porady, przeglądam słowniki, sięgam do wiarygodnych źródeł (jak by urocza wykładowczyni z tytułem doktora nie była, nie uwierzę, że konstrukcja „ubrać krawat” jest poprawna) i dbam o to, aby moja polszczyzna była jak najbliższa perfekcji. Poprawiam nawet teksty innych osób, ale tylko wtedy, gdy sobie tego życzą. W pracy nie zwracam uwagi na „opłukasz” – regionalizmy błędami nie są, a skoro wszyscy tam tak mówią, to chyba mogę to uznać za lokalizm. Niech sobie płukają, ja wypłuczę.
Wszystko pięknie, tylko skrywam pewną straszną tajemnicę. Czasami dr Jekyll (Henry zresztą) języka polskiego staje się... panem Tłumaczem! [grzmoty za oknem, złowieszczy śmiech i piąta symfonia Beethovena]
Z tłumaczeniami jest tak, że na początku wszystko wydaje się takie prościutkie. „Na początku” oznacza przy pierwszym czytaniu – rozumiem tekst, łatwy, zaraz to wszystko ładnie napiszę. Potem jest coraz gorzej, zaczyna brakować słów w języku polskim, np. rozróżnienia na ser i estar – jak mam napisać, że chodzi mi o być, ale takie inne niż być i inne niż znajdować się? Albo, żeby nieromańskojęzyczna część czytelników też zrozumiała, angielskie vulnerable. A, to znam, to łatwe,
rozumiem. Znaczy taki trochę podatny, trochę bezbronny, trochę wrażliwy, trochę łatwy do
zranienia, trochę nieodporny, no ogólnie właśnie taki trochę tego. Po kilku trudniejszych zdaniach nic nie brzmi dobrze po polsku, a jednocześnie wszystko brzmi dobrze. Pan Tłumacz nawet nie dostrzega, że dewastuje każdą regułę języka polskiego.
Wtedy z pomocą przychodzi Google. Nie Translator, chociaż o nim jeszcze wspomnę, ale wyszukiwarka. Pan Tłumacz nie jest w stanie sam sobie odpowiedzieć na pytanie „czy tak się mówi po polsku?”, więc sprawdza, czy proponowana przez niego fraza gdzieś się pojawia. Miałam kiedyś problem z błędem, ponieważ nie wiedziałam, co się z nim dzieje. Pomyślałam, że może się rozszerza, ale znalazłam tylko fora informatyczne: „Wyskakuje mi błąd o rozszerzeniu...”. Spróbowałam „rozpowszechnianie błędu” i Google zaproponował mi odwiedzenie
następujących stron: rodzinakatolicka.pl, sztandarbiblijny.pl,
tekstykanoniczne.pl,
apologetyka.katolik.pl, czasdecyzji.pl. Potem
pomyślałam o najprostszym wyrażeniu „powiększanie błędu”, co w odpowiedzi
dało mi głównie propozycje powiększania biustu i ust. Nein, gracias. Nie
będę ukrywać, że ręka mi zadrżała, gdy klikałam enter po wpisaniu „przedłużanie”, ale może jakieś filtry rodzinne zadziałały, bo znalazłam
tylko włosy i rzęsy.
Co
ostatecznie zrobiłam z tym błędem? Przeciągnęłam go i teraz zastanawiam
się, co mi do głowy strzeliło, żeby wpisywać coś tak durnego, o czym nawet
Google nie słyszał. Durnotę dostrzegł jednak dopiero dr Henry po kilku miesiącach, pan Tłumacz był natomiast zachwycony swoją wirtuozerią słowa.
Czy Google Translator pomaga w pracy tłumacza? Tak. Nie tłumaczy, ale pomaga, ponieważ nie podaje podstawowego znaczenia słów, jak wszystkie słowniki, ale próbuje odgadnąć z kontekstu, o które znaczenie chodzi. Nawet jak nie trafi, to stymuluje szare komórki do działania. Czasem ma naprawdę niezłe pomysły. Pewnego razu stwierdził, że portugalskie as férias, co oznacza wakacje, tłumaczy się jako rzecz święta. No nie miał racji?
Komentarze
Prześlij komentarz