Leci mucha po miód
Leci mucha po miód, czyli krótka refleksja o stanie literatury polskiej i światowej, obecnej, przeszłej i zapewne przyszłej – opowiadanie.
Zazdroszczę moim przyjaciołom. Od dzieciństwa mieli pomysł na swoją przyszłość i trzymali się go, dążyli do wytyczonego celu. Wiedzieli dokładnie, czego chcą od życia i jak to osiągnąć. Ja zawsze coś zmyślałem, gdy pytano mnie, co będę robił, jak będę duży. Może to z powodu tej baśni, którą czytała mi ciocia? Pamiętam, jak podsłuchałem mamę, gdy tłumaczyła swojej siostrze, że Kopciuszek Andersena uczy jedynie, że najważniejsze w życiu to być pięknym, bogatym i nie pracować. Może to ta baśń sprawiła, że nie byłem jak moi przyjaciele?
Wojtek, jak większość chłopców, chciał zostać strażakiem. Miał jakieś pięć lat, gdy w domu jego sąsiadów wybuchł pożar. Rzecz miała miejsce podczas srogiej zimy. Sąsiadka dokładała właśnie do pieca, takiego kaflowego, jakie można jeszcze spotkać na wsiach, gdy kilka rozżarzonych kawałków drewna osunęło się na kamienną posadzkę. W kilka chwil cały dom stanął w płomieniach, a mały Wojtuś obserwował ze swojego pokoju walkę strażaków z potężnym żywiołem. Imponowała mu ich odwaga i poświęcenie dla ratowania życia osób, których nawet nie znali. Chciał być taki jak oni.
Dołączył do Ochotniczej Straży Pożarnej, gdy tylko osiągnął wymagany wiek. Szybko jednak okazało się, że jego praca polega głównie na zdejmowaniu kotów z drzew, a on tak bardzo pragnął wkroczyć między rozszalałe płomienie i uratować stamtąd jakieś niewinne stworzenie. Mógłby to być nawet kot, ale w ogniu, a nie w liściach. Wpadł zatem na genialny pomysł, jak rozkręcić swoją karierę i do tej pory jest poszukiwany za serię podpaleń. Zdążył w porę uciec do Neapolu, gdzie przygląda się wzburzonym falom Morza Adriatyckiego.
Na życiowe wybory Lidki najbardziej wpłynęła jej babcia. Zachorowała na hemofilię, lekarze nie byli w stanie jej pomóc. Mała Lidka czuła się taka bezradna, tak bardzo chciała uratować ukochaną babcię, ale nie wiedziała, jak. Wtedy postanowiła, że skończy medycynę i będzie ratować ludzi, będzie ratować inne babcie, innych dziadków, będzie pomagać chorym i im rodzinom, jak tylko będzie potrafiła. Uczyła się pilnie, rodzice bardzo ją wspierali, zdając sobie sprawę, jak wiele czasu musi poświęcić na naukę. Będąc na stażu w szpitalu dostrzegła jakąś dziwną logikę pacjentów i ich rodzin. Gdy człowiek zachoruje – nikt nie jest winny, gdy człowiek umiera – obwinia się lekarza, gdy lekarze uratują pacjenta – dziękuje się... Bogu. Lidka uznała, że nie warto się poświęcać dla tak niewdzięcznych istot i została weterynarzem.
Marcin był najbardziej ambitnym człowiekiem, jakiego znałem. Jak to często w życiu bywa, kształtuje nas nie to, wśród czego dorastamy, ale to, czego nam brak. Rodzice Marcina poznali się na początku lat osiemdziesiątych na koncercie The Beatles i żyli w przekonaniu, że all you need is love. Krewni mieli nadzieję, że ze względu na dziecko jakoś się w końcu ustatkują i ustabilizują życie, ale im nie było do tego spieszno. Uważali, że najważniejsza jest miłość i małe przyjemności, a nie tyranie i odkładanie pieniędzy tylko po to, żeby sobie były.
Marcin pragnął jednak większych przyjemności, chciał spać na pieniądzach. Najpierw skończył zarządzanie, potem jeszcze ekonomię i to z tak świetnymi wynikami, że rozpoczął nawet doktorat. Co ważniejsze, otworzył również własną firmę. Miał dokładną wizję, opracował precyzyjny biznesplan i ciężko pracował. Po pożyczkach i dotacjach dla młodych przedsiębiorców zaczęły się schody – biurokracja, dokumenty, pozwolenia, podatki, składki, ZUS, Urząd Skarbowy, kolejki, kontrole... Marcin popijał hektolitry kawy melisą. Którejś nocy, gdy zabrakło mu ziółek kojących nerwy, udał się na długi spacer. Szedł, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Nie miał pojęcia, że jest tak piękne, zza stosów papierów nie widać zbyt wiele świata. Z zapatrzenia wyrwał go dopiero głośny dźwięk dzwonka z pobliskiej szkoły, po którym z budynku wybiegła chmara kilkuletnich, jeszcze beztroskich dzieci. To właśnie wtedy zwrócił uwagę na ogłoszenie znajdujące się na barze tuż obok. Teraz pracuje na zmywaku, na czarno, więc nie płaci podatków, do domu wraca przy
blasku księżyca i jest najszczęśliwszym człowiekiem, jakiego znam.

Zostań! Chyba nie masz innego wyjścia ;-)
OdpowiedzUsuń