Dragon Ball WTF
O tym, jak istotna jest praca tłumacza przekonało się każde polskie dziecko, które uważa, że główny bohater Dragon Balla nazywa się Songo. Goku to imię, Son to nazwisko, ale w tamtych stronach świata podaje się je odwrotnie niż u nas. I to jest właśnie sedno pracy tłumacza – słówek można nie znać, od tego są słowniki, ale trzeba wiedzieć wszystko inne, wszystko dookoła. No, to wam wytłumaczyłam...
Co jakiś czas otchłanie internetów radują nas wiadomościami, że oto w przygotowaniu kolejna seria naszego ukochanego serialu z dzieciństwa. Są nawet plakaty, trailery, daty premiery, wszyscy czekają niecierpliwie i oto nadchodzi! Koniec świata z 2012 roku... Dlatego nie ma większego zaskoczenia niż prawdziwy powrót do dzieciństwa.
Mieliśmy na przykład Dragon Ball Kai w latach 2009-2011, czyli taką odrestaurowaną
wersję Dragon Ball Z. Składa się ze znacznie mniejszej liczby odcinków,
więc jest zdecydowanie lepsza od oryginału, głównie dlatego, że ucięto
ostatnią sagę i całość kończy się zanim Gohan idzie do liceum. W serii Z spotyka
się tam z normalnymi ludźmi, więc i on próbuje udawać, że niczym się nie
wyróżnia. Wpada na genialny pomysł, żeby zostać zamaskowanym
superbohaterem. Jest to coś tak żenującego, że to się aż niekomfortowo
ogląda. Same postaci w filmie animownym (!) są zażenowane tymi scenami. Jak
już nawet wytwór twojej własnej wyobraźni podpowiada ci, że to, co
każesz mu robić jest idiotyczne, to warto to dwa razy przemyśleć. Albo
chociaż raz! Twórcy nie przemyśleli ani razu, postanowili dokończyć serię Kai i od 2014 roku mamy
wątpliwy zaszczyt i jeszcze bardziej wątpliwą przyjemność oglądać
odrestaurowanego Najbardziej Żenującego Superbohatera. A może i nie
mamy? Może właśnie poprawili tę sagę usuwając ten motyw i zostawili
tylko różowego tłuściocha? Nie wiem, nie oglądałam, nie mam odwagi.
W zeszłym roku rozpoczęto emisję Sailor Moon Crystal. Nie jest to kolejny sezon ukochanej „chińskiej bajki” Henia z dzieciństwa, tylko remake, znacznie różniący się od oryginału. Swoją drogą, jedną z różnic jest brak pary gejów. To jakiś wyznacznik naszych czasów? W trosce o dobro naszych dzieci usuwamy homoseksualistów z ich świata? Kochani rodzice, w serialu Czarodziejka z Księżyca emitowanym w Polsce w latach 90., który wszystkie dzieci namiętnie oglądały, a pewnie część z tych dzieci już jest rodzicami, do których się zwracam, występowała para gejów i para lesbijek. Dziękuję, dobranoc.
W tym roku obdarowano nas szczególnym darem – absolutnie nowym sezonem Dragon Balla: Dragon Ball Super. Obejrzałam siedem odcinków (tak, pamiętam, ile mam lat! :-P) i muszę przyznać, że jest kilka szczegółów, które przykuły moją uwagę.
Nie będę spoilerować, no bo czy to spoiler napisać, że Goku pokona
jednego przeciwnika, a po nim przyjdzie kolejny – silniejszy, Goku po
ciężkiej walce, w której mu się rozszarpie górna część stroju, uratuje
świat, a potem zbierze smocze kule, żeby wskrzesić
Krilana/Kuririna/Kulina/Kulilina/Krelina/Kurina/Krilina/Krillena/Kurilyna.
A ja myślałam, że moje dwa imiona mogą sprawiać trudność.
Serial zaczyna się od tego, że Goku jedzie traktorem. I to jest pierwszy łatdefak, a potem jest tylko gorzej. Nie szuka żony, a wręcz przeciwnie, chce od niej uciec. Młody (jesteśmy w czasach, gdy Goten ma jakieś 7 lat) podpowiada, że jak tatuś da mamusi pieniądze, to ona pozwoli mu trenować w zaświatach. I ma rację. Twórcy tego serialu ewidentnie nienawidzą kobiet. Jedyna normalna postać żeńska to android. Chichi jak zobaczyła walizkę z pieniędzmi od razu się rozchmurzyła i powiedziała: jasne, mężu, jestem bogata, idź w cholerę. Goku idzie ćwiczyć, przywdziewa swój znany wszystkim... dres? Goku w dresie. Goku w trampkach. Goku ćwiczy w dresie i trampkach. Dresy moje ukochane, ja zakładam was nad ranem...
Niestety, jedno się nie zmieniło. Pomimo że nie znoszę dubbingów, to w tym jednym przypadku wybieram wersję amerykańską. W oryginale głównemu bohaterowi, najsilniejszemu, najpotężniejszemu wojownikowi we wszechświecie, temu chodzącemu mięśniowi głosu użycza... kobieta – Masako Nozawa. Ja wiem, że równouprawnienie, ale, niestety, są takie zawody, do których z natury nie mamy predyspozycji. Jak ten komentator F1, który nie wymawia r: za łaikonenem długi kiełowca fełłałi.
Wracamy do Dragon Balla, chociaż raczej do Króla Lwa, ponieważ nagle pojawia się Pumba. Zarządził przygotować ucztę dla swojego gościa, którym najwyraźniej jest Gordon Ramsey. Kucharze są przerażni, a Ramsey mówi, że dobrze doprawione, choć za tłuste. W ten sposób poznajemy nasz pierwszy czarny charakter, który podąża za trendami w Internecie, więc jest wrednym kocurem, uważającym się za boga oraz główny temat serii, czyli jedzenie, bo tego aktualnie pełno w telewizji. Podręczny sługa kota nazywa się... Whis! Whis, podaj Whiskasa.
Ten cały Kukuryku, który w każdej wersji ma inne imię i ciągle umiera, ma włosy. Na głowie. Przynajmniej Muten Roshi się nie zmienił. Podgląda przez lornetkę kobiety na plaży, a Chichi na niego krzyczy (bo co innego robią kobiety w Dragon Ballu), że daje zły przykład dzieciom. O, przepraszam, na pewno lepszy niż twórcy serialu, którzy uczą, że dzieci biorą się z nikąd. Czy tylko ja oglądając serię Z, szukałam tego momentu, gdy Goku miał sposobność zrobić Gotena?
Nie mogę się doczekać, co będzie dalej, czekam na kolejne łatdefaki, zwłaszcza, że o największym nawet wam nie wspomniałam, zaskoczcie się sami. Więc, jeśli macie tak jak ja 5 lat, to zapraszam do oglądania.
Komentarze
Prześlij komentarz